Chciwość po polsku

Obligacja korporacyjna to nie lokata. Jeszcze raz o tym napiszę – nigdy za wiele – jeśli jakiś papier daje oprocentowanie wyższe od tradycyjnej lokaty bankowej to w cenie musi być zawarty element ryzyka. Takie ryzyko powoduje, że należy liczyć się z większym prawdopodobieństwem tego, że zainwestowane przez inwestora pieniądza mogą do niego nie wrócić.

W Polsce materializuje się właśnie znane już na zachodnich rynkach zjawisko, określane mianem  hunt for yield. Chodzi o podejmowanie wyższego ryzyka, aby utrzymać satysfakcjonującą stopę zwrotu. W pamięci inwestorów są stopy procentowe płacone przez banki od lokat jeszcze kilka lat temu. Dziś te same stopy procentowe szorują po dnie i skłaniają posiadaczy kapitału do poszukiwania bardziej dochodowych (i ryzykownych) instrumentów. To jeden z głównych powodów dużego zainteresowania w ostatnim czasie obligacjami korporacyjnymi, na których można zarobić kilka razy więcej niż na lokatach bankowych. Problemem jest z pewnością również to, że termin „obligacja” dotyczy ponadto papierów emitowanych przez państwo, reklamowanych jako bezpieczny produkt (jakim w rzeczywistości są), dużo bezpieczniejszy niż emitowana przez przedsiębiorstwo obligacja korporacyjna.

Niestety, perfidnie wykorzystywali ten fakt samozwańczy doradcy inwestycyjni, nierzadko przekonując, że obligacje Getbacku są bezpieczniejsze od lokaty bankowej!  Getback dystrybuował swoje papiery przez wiele dużych instytucji finansowych. Sporą aktywność na tym polu wykazywały m. in. Lion’s Bank, Idea Bank, Bank Handlowy i Alior. Papiery oferowały też m.in. DM PKO BP, Haitong Bank, Polski Dom Maklerski i Michael/Ström. Działalność Getbacku była finansowana przede wszystkim poprzez emisję obligacji. Od początku 2017 r. firma sprzedała inwestorom papiery dłużne o wartości około 2,5 mld zł. Z tego tytułu, przede wszystkim w postaci prowizji dla sprzedawców, GetBack zapłacił ok. 100 mln zł. To łakomy kąsek dla sektora finansowego, począwszy od niewielkich brokerów, jak Polski Dom Maklerski, a skończywszy na czołowych instytucjach finansowych, jak PKO BP czy Bank Handlowy. Takie spółki jak GetBack znajdują się w centrum zainteresowania biur maklerskich, które od kilku lat nie są w stanie zarabiać na swojej podstawowej działalności, jaką jest pośredniczenie w obrocie instrumentami finansowymi na GPW. Na ratunek przychodzą oferty wchodzących na giełdę spółek czy sprzedaży zyskujących na popularności obligacji przedsiębiorstw. GetBack był ich hurtowym dostarczycielem. Pokazuje to niezdrowy układ pomiędzy emitentem i sprzedawcą/pośrednikiem, który zachwala oferowany produkt poprzez publikację oficjalnych rekomendacji jego zakupu. Dzieje się tak, mimo iż teoretycznie analitycy są niezależni i sporządzają swoje oceny zgodnie z najlepszymi standardami…

Samoistnie nasuwa się podobieństwo do innej głośnej afery ostatnich lat. Jednak Amber Gold balansował na granicy prawa, unikając instytucji regulujących. GetBack zrodził się i upadł na rynku kapitałowym kontrolowanym przez Komisję Nadzoru Finansowego. Spółka ma strategicznego inwestora, radę nadzorczą. Oceniali ją analitycy, jej rozwój przebiegał na oczach dziesiątków analityków, doradców, maklerów, menedżerów. To katastrofa reputacyjna dla dystrybutorów obligacji GetBack, ale przede wszystkim wizerunkowa dla całego segmentu obligacji. Przy emisjach wartych ok. 2 mld złotych byłby to największy default w historii rynku obligacji w naszym kraju. To przez długi czas może negatywnie wpływać na  dalsze funkcjonowanie tego ważnego segmentu rynku finansowego.

Nie pierwszy to już raz chciwość prowadzi do zguby. Za każdym razem nachodzą mnie sceny z Big Short, albo Wilka z Wall Street, w których antybohaterowie przechwalają się, ile to hipotek/ śmieciowych akcji itp. wcisnęli nieświadomym inwestorom. Czas upływa, instrumentarium się zmienia, a nastawienie ludzi do zysku pozostaje takie samo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code