pamiętniki z wakacji

Uff! Koniec urlopu, koniec przeciskania się w tłumach, koniec tracenia czasu na szukanie wolnych miejsc parkingowych. W tym roku zdecydowaliśmy pokazać dzieciakom Tatry. Rozdeptane, rozjechane Tatry.
Dzień 1. Na najpopularniejszych trasach trudno wyobrazić sobie więcej ludzi. Przyjeżdżając o 10 rano na Palenicę Białczańską skąd zaczyna się przemarsz nad Morskie Oko nie było najmniejszych szans, aby znaleźć wolne miejsce postojowe. Obsługa nakazała zawrócić i zaparkować samochód na poboczu drogi. Jadę zatem. Najbliższe wolne miejsce znajduję 1,5 kilometra od przejścia granicznego na Łysej Polanie. Po drodze mijam setki aut po obu stronach drogi. Stąd do wejścia na teren Parku Tatrzańskiego jakieś 3,5 kilometra, ale… jest nadzieja. Podjeżdża miły jegomość i oferuje podwózkę. 3 złote od głowy. To nic, że w samochodzie rozsypany cement.Pewnie jeszcze z rana przeznaczenie pojazdu było nieco inne. Biznes jest biznes. Podjeżdżamy. Startujemy. Po trzech godzinach dochodzimy do schroniska. Do zejścia nad jezioro regularna kolejka. Ustawiam się, bo chcę dzieciom pokazać cudny widok. Czekamy. Schodzimy. Dzieci nie widzą nic poza galanterią innych osób. Muszę je brać na barana, żeby ujrzały choć skrawek. Wracamy. Chyba jeszcze dłużej niż wchodziliśmy. Są zatory bo ludzie wszędzie robią zdjęcia. Dziś każdy ma aparat…
Dzień 2.
Brzydka pogoda. Tylko 13 stopni. Pada. Jedziemy na basen. Decydujemy się na Banię w Białce. Jadę samochodem. 20 kilka kilometrów pokonuję w godzinę dziesięć. Na miejscu duży parking. Super. Z miejscem i to darmowym nie było problemu. Co z tego. Silnik jeszcze nie ostygł, a my już wracaliśmy z powrotem. Zobaczyliśmy przez szybę, co się wyprawia w środku. Nawet dzieci były zgodne, że wejście byłoby bez sensu. Jakieś trzy i pół osoby na metr kwadratowy. Do hotelu dojeżdżam szczęśliwy. 20 kilka kilometrów zajęło mi „tylko” 45 minut.
Dzień 3.
Chcemy połazić po Zakopanem. Szukam miejsca postojowego jak najbliżej Krupówek. Szanse marne. Jest co prawda jedno wolne miejsce na prywatnym parkingu, ale miły człowiek nie wstając ze swego plastykowego krzesełka ostrzega, że każda rozpoczęta godzinka postoju kosztuje 10 złotych. Mówię do niego, że to mój życiowy rekord, uwzględniając nawet opłaty uiszczane w euro i koronach duńskich. „Właśnie dlatego ostrzegam” – stwierdza. „Żeby potem nie było.” No tak. Kto prywaciarzowi zabroni. Jest popyt, jest cena. Stawiam z dwa kilometry dalej upewniając się, że jestem na miejskim parkingu. Tu tak nie żyłują. Tylko 2,50/h. Dzieciom chce się pić. Idziemy do najbliższej sieciówki. Kupujemy wodę. Córka pyta, co oznaczają te kartki porozklejane w wielu miejscach na zewnątrz sklepu: „Nie sraj. Nie lej. Jesteś w ukrytej kamerze. Będziesz na Youtube” Wytłumaczyłem dziecku, że chodzi o to, że jakby się Jej zachciało siusiu to lepiej robić w majtki niż podejmować ryzyko (choć oczywiście wszystko zależy od stopnia awersji do ryzyka). Rozmowę podsłuchał najmłodszy. Moje tłumaczenia wziął bardzo dosłownie. Nie byliśmy na to przygotowani. Musimy wracać.
Dzień 4.
Pas. Rezygnuję z dalszego prowadzenia pamiętnika. Na szczęście niedługo wracam do domu. Do pracy…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>