Jakość-bylejakość

Jakość na uczelniach leży na sercu ministrom, rektorom, dziekanom i większości wykładowcom, ale każda z tych grup rozumie ją inaczej, a wszak w każdym wypadku chodzi przede wszystkim o jak najlepszą edukację studentów. No może w każdym – wątpliwości budzą ostatnie decyzje na najwyższym szczeblu. Zgodnie z nową interpretacją, jednym z najważniejszych kryteriów jakości kształcenia na uczelniach jest liczba studentów przypadająca na zatrudnionego (na pełnym etacie) pracownika dydaktycznego. Na pierwszy rzut oka wygląda to logicznie – mniej studentów, więcej czasu dla każdego. Ale to bardzo złudne rozumowanie. Studenci wcale nie poszukują kontaktu z nauczycielami, w trakcie konsultacji i na wykładach sale świecą pustkami. Garstka „najwierniejszych” słuchaczy i to wszystko, jak ta garstka się zmniejszy jakość się nie podniesie. Wprowadzenie drastycznego przelicznika 13 studentów na pracownika, spowoduje więc, że uczelnie nie będą więcej poszukiwać praktyków na zajęcia – żaden nie przyjdzie na pełen etat. Ograniczone zostaną nabory, młodzież będzie musiała poszukiwać wykształcenia w murach, często chwiejnych, uczelni niepublicznych, będzie musiała płacić za to, co jeszcze rok temu mogła dostać za darmo.  Ministerstwo wprowadziło także drugie kryterium jakości – jaką ma być: wysoka jakość badań naukowych. I znowu na pierwszy rzut oka wydaje się to słuszne. Ale czy prowadzenie, na pierwszym stopniu studiów zajęć z ekonomii, podstaw chemii, matematyki czy historii literatury polskiej wymaga prowadzenia badań naukowych na najwyższym poziomie? Chyba jednak nie.

Wprowadzenie tych dwóch kryteriów „jakości nauczania”, odbije się niekorzystnie na budżetach wielu uczelni, czasu na dostosowanie nie dostaliśmy. Ale się dostosujemy i spróbujemy jednak utrzymać przyzwoitą jakość nawet gdy będzie to się działo w ramach bylejakości stanowionego prawa.