Przeformułowanie w uczelniach

We wstępie do książki autorstwa Richarda Normana pt. “Przeformułowanie w biznesie”, czytamy m.in. „Instytucja, w której brakuje refleksji i konceptualizacji dotyczących tego, co sama robi, która zachęca tylko do działania, stanie się organizacją histerycznie hiperaktywną, w której pracownicy zamykają się w swoim sposobie myślenia, występuje politykowanie, brak agregacji i strukturyzacji wiedzy. Pojawi się frustracja i cynizm, przywództwo straci rację bytu”.

Te słowa można odnieść do sytuacji, w której znajdują się obecnie polskie uczelnie. Ustawa „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce” zapewnia uczelniom szerszą niż dotychczas auto-nomię i niemal nieograniczoną wolność w zakresie tworzenia statutu, który ma być kluczo-wym dokumentem, stanowiącym o jej funkcjonowaniu w najbliższych latach. Czy potrafimy tę wolność i autonomię wykorzystać, czy też ona nas przerasta?

W dyskusjach nad przyszłością uczelnią rysują się co najmniej dwie drogi. Pierwsza, zgodna z filozofią (przepraszam za to określenie Filozofów), jak zmieniać uczelnię, dostosowując jej funkcjonowanie do zapisów ustawy, aby nie nadepnąć nikomu na odcisk. Czyli jak zmieniać uczelnię, aby zmienić jak najmniej, gdyż ludzie nie lubią zmian? Druga, zgodna, moim zda-niem, z duchem ustawy, jest próbą odpowiedzi na pytanie: jak wykorzystać wolność akade-micką i autonomię, aby lepiej niż dotychczas sprzyjać tworzeniu interdyscyplinarnych programów, sprzyjać interdyscyplinarnym badaniom naukowym, a także urzeczywistniać spo-łeczną odpowiedzialność uczelni. Idąc dalej – jak wykorzystać potencjał uczelni jako całości, a nie jako federacji wydziałów. Johan Wissema, twórca koncepcji uniwersytetu trzeciej generacji twierdzi, że uczelnie nie są już sumą dyscyplin, ale stanowią raczej sumę tematów objętych badaniami transdyscyplinarnymi.

Niezależnie od wyboru drogi, pierwszym pytaniem jest: dokąd zmierzamy?

Ważne miejsce w statucie powinna zająć sprawy pracowników i studentów. Niemniej istotne jest określenie możliwie jak najbardziej elastycznej struktury uczelni, w tym odpowiedź na pytanie o rolę dotychczasowych jednostek podstawowych, czyli wydziałów. Czy nadal będą stanowiły oś organizacyjną uczelni i tam będzie skoncentrowana aktywność dydaktyczna, naukowa i wszelka inna. Czy może tworzyć zespoły międzywydziałowe jako transdyscyplinarne jednostki, niezależne od wydziałów i nazwać je centrami badawczymi? A wydziałom pozostawić funkcję dydaktyczną. Lub w większym stopniu niż dotychczas sprzyjać tworzeniu interdyscyplinarnych programów kształcenia, wyjmując je spod nadzoru dziekanów i podporządkować władzy rektorskiej.

Uczelnia jest podmiotem ustawy, zatem nie unikniemy odpowiedzi na pytanie: jak sprawić, aby określenie ‘kooperacyjna rywalizacja’ we wszystkich obszarach aktywności uczelni na dobre zagościło w murach instytucji akademickich? Nie mniej ważne jest pytanie: czy jedność nauki i dydaktyki przechodzi do lamusa, czy może powinniśmy ją inaczej rozumieć niż dotychczas?
Moim zdaniem przeformułowanie uczelni, parafrazując określenie Normana jest drogą ku uczelni, w której nie będzie najważniejsze, do jakiej dyscypliny można zaliczyć prowadzone badania naukowe, lecz to, czy one są ważne poznawczo lub aplikacyjnie. Studenci będę mieli prawo wyboru różnych ścieżek kształcenia, korzystając z oferty uczelni i, czego bym nie wykluczał, innych uczelni. Pytanie jak do tego dojść, pozostawiam otwarte, zachęcając do dyskusji. Zwracam jedynie uwagę, że dyskusja jest o tym, jak uczelnia ma wyglądać za kilka, a może kilkanaście lat, dlatego nieśmiało sugeruję nie tylko wyzbycie się stereotypów, czyli ‘wyjście z pudełka’, ale poszukiwanie nowych pudełek.

3 komentarzy nt. „Przeformułowanie w uczelniach

  1. Anna Kola

    Bardzo dobry wpis, bo dotyczy kwestii fundamentalnych. W gąszczu walk o dyscypliny, parametryzację, rozporządzenia, wydziały, kolegia i inne ważne szczegółowe rozwiązania pojawia się w końcu pytanie o kształt uniwersytetu. Diagnozuję swoisty kryzys, co może być szansą na stworzenie nowej jakości. Tego i wszystkim członkom i członkiniom Akademii życzę!

    Odpowiedz
  2. Katarzyna Rostek

    Chciałabym się odnieść do postawionego powyżej pytania: „Nie mniej ważne jest pytanie: czy jedność nauki i dydaktyki przechodzi do lamusa, czy może powinniśmy ją inaczej rozumieć niż dotychczas?”. W mojej opinii celem i sensem uczelni wyższej było, jest i będzie współistnienie nauki i dydaktyki w jednym, a konkretnie wyrastanie dydaktyki na bazie realizowanych badań naukowych oraz jej prowadzenie przez osoby zaangażowane w badania lub/i praktyczne zastosowania badań naukowych. Bez tego sprzężenia dydaktyka stanie się wyłącznie nauką akademicką, retoryczną, powstającą w bliżej nieokreślonym celu i na co najwyżej przeciętnym poziomie. Rozumiem, że entuzjaści tego „rozwodu” dostrzegają oczywiste korzyści tego, że osoby z predyspozycjami do nauczania, będą się mogły realizować w tym zakresie znacznie lepiej niż dotychczas. Ale proszę zauważyć, że jest to stan na dziś, kiedy nauka i dydaktyka współistnieją w strukturze zasadniczych obowiązków każdego pracownika NA. Za parę lat natomiast, ta sytuacja może się zmienić i doprowadzić do stanu, w którym dydaktykę będą realizowały osoby niezorientowane w tym, co aktualnie się dzieje i jest ważne w wykładanych zakresach kompetencji. Dlatego nie widzę postępu w proponowanym rozdzieleniu, natomiast poważne i realne zagrożenie, które w krótkim czasie zyska mierzalny wymiar ryzyka – znaczącego obniżenia poziomu kształcenia na uczelniach wyższych. Rozwiązaniem tego problemu jest elastyczny wymiar pensum i możliwość dokonywania zmian proporcji pomiędzy obciążeniami dydaktycznymi i naukowymi pracownika, jednak zawsze dyskutowane, ustalane i akceptowane przez przełożonego z uwzględnieniem wieloaspektowych celów i zadań jednostki, zamiast definicyjnego rozdzielenia kadry naukowej i dydaktycznej.

    Odpowiedz
  3. Joanna Ejdys

    Nawiązując do komentarza Katarzyny, również uważam, że elastyczność w kontekście pensum dydaktycznego pozwoli na uczelni na wyłonienie grupy pracowników w niewielkim zakresie obciążonych dydaktyką ale realizujących na wysokim poziomie działalność naukową (potwierdzoną publikacjami z listy ALF), oraz grupy pracowników dydaktycznych zajmujących się wyłącznie dydaktyczką. Wyłaniając dwie grupy pracowników należy jednak pamiętać by: na stanowiskach dydaktycznych zostali zatrudnienie naprawdę dobrzy dydaktycy, którzy chcą doskonalić swoje kompetencje w zakresie metodyki nauczania oraz unikać za wszelką cenę sytuacji w której słaby naukowiec (często i słaby dydaktyk) jest przetrzymywany na uczelni na stanowisku dydaktycznym. To wróży tylko obniżenie poziomu jakości kształcenie i swego rodzaju nagradzanie osób, które miały np. 15 lat na zrobienie habilitacji i tego nie zrobiły. Osobiście uważam, że jednak dobry dydaktyk powinien mieć również wsparcie w postaci własnego warsztatu naukowego. Bez względu na kształt ustawy i przyjęte przez poszczególne uczelnie rozwiązania, zawsze najcenniejsza będzie jakość badań. Jeśli ktoś jest dobry (przez termin dobry, rozumiem potrafi pozyskać grant, zaprojektować badania naukowe, których wyniki zostaną opublikowane w czasopiśmie z WoS) nie ma co się obawiać jakiejkolwiek reformy bo zawsze się odnajdzie i będzie dla każdej uczelni cennym zasobem. A na takich zasobach nam zależy.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>