Jakie krajowe ramy kwalifikacji?

Nie należę do entuzjastów KRK, o czym już wspominałem w poście ‘KRK czy Krk’. Zastanawiam się nad tym, czy wynika to z oporu przed nowym, a może z mojego lenistwa. Jedno i drugie nie jest mi obcym stanem emocjonalnym, ale wnikając głębiej w źródła mojego braku entuzjazmu, doszedłem do wniosku, że takie uzasadnienie jest co najmniej niepełne.

Krajowe ramy kwalifikacji to pomysł na przemodelowanie programów studiów w taki sposób, aby w suplemencie do dyplomu, oprócz wykazu przedmiotów można było wpisać wiedzę, umiejętności oraz kompetencje społeczne, które student uzyskał w trakcie studiów, co ma być równoznaczne ich uzyskaniu. I tu pojawia się kilka pytań. Jakie kompetencje student posiadał ‘na wejściu’, a jakie uzyskał podczas studiów? Nie trzeba być ekspertem, żeby stwierdzić, że rozpiętość ‘na wejściu’ jest znacząca. Dlaczego rozliczeniem z odpowiedniego wdrożenia krk ma być wykazanie, że KAŻDY student osiągnie odpowiednią wiedzę i umiejętności?

Likwidując przed laty egzaminy wstępne, twierdzono, że matura (30%) jest wystarczającym sitem dla kandydatów na studia (sic!). Naiwnością było sądzić, że uczelnie utrzymają jakość kształcenia adresowanego do coraz bardziej przypadkowej grupy zainteresowanych studiami. Kilka lat temu zaproponowałem przyjmowanie na studia techniczne wyłącznie tych, którzy zdali maturę z matematyki na poziomie rozszerzonym i z fizyki. Nie muszę dodawać, że nie spotkało się to ze zrozumieniem. Podcinanie gałęzi, na której się siedzi jest bowiem zjawiskiem spotykanym dość rzadko, nie tylko w przyrodzie.

Osiągnięto już europejskie wskaźniki skolaryzacji, jednak niewiele z nich wynika. Na podstawie opinii dziennikarzy tzw. statystyczny Polak dowiaduje się, że wina leży po stronie uczelni. Wiem, że uczelnie wymagają zmian, ale czy nie czas powiedzieć, że masowość kształcenia odbija się czkawką, której nie można powstrzymać medycznymi ani babcinymi metodami. Uniwersytety nie zasłużyły na to, aby być przysłowiowymi „chłopcami (przepraszam płeć brzydką) do bicia”.

Czy krk ma być receptą na spadającą jakość kształcenia? Jeżeli tak, to chyba w nienajlepszym wydaniu. W jaki sposób można zweryfikować efekty kształcenia prowadząc kilka przedmiotów, ze stu lub więcej osobowymi grupami studentów. To wymaga czasu na rozmowę z każdym z nich tyle, że czas weryfikacji wiedzy ma się zmieścić w ramach akademickiego pensum. Rozumiałbym, gdyby krajowe ramy kwalifikacji dotyczyły szkół zawodowych, które kształcą (przynajmniej w założeniu) na potrzeby tzw. rynku pracy. Piszę ‘tak zwanego’, gdyż pojęcie to jest płynne.

Szkolnictwo wyższe staje na głowie: szkoły zawodowe, skądinąd bardzo potrzebne, zabiegają o jak najwyższą kategorię naukową, w obszarach nauk humanistycznych i społecznych ‘produkując’ monografie naukowe, chociaż ich podstawowym zadaniem jest dobre kształcenie, a uniwersytety skłaniane są w coraz większym stopniu do tego, aby przypominały instytucje szkoleniowe.

Osoby zajmujące się badaniami nad szkolnictwem wyższym znają pojęcie izomorfizmu wymuszonego, którego podłożem jest przeregulowanie systemu, ale upodobnianiu się uczelni w wystarczającym stopniu służy izomorfizm normatywny, którego źródła tkwią w głębokim zakorzenieniu kultury akademickiej, zwłaszcza w humboldtowskiej tradycji polskich uniwersytetów. I jak ma się to do koniecznej, jak sądzę, dywersyfikacji polskich instytucji akademickich. Pytanie pozostawię bez odpowiedzi, jednak pozwolę sobie zauważyć, że krajowe ramy kwalifikacji w obecnym wydaniu, mimo bardzo długiego okresu przygotowań, nie spotykają się ze zrozumieniem środowiska akademickiego. Czas zatem na głębszą refleksję. Zapraszam do dyskusji.

 

 

2 komentarzy nt. „Jakie krajowe ramy kwalifikacji?

  1. Anonim

    Bardzo ciekawy tekst, tylko zastanawiam się, czy pytanie jest dobrze postawione. KRK nie są polskim wynalazkiem, tylko kierunkiem w którym zmierza EHEA. Stąd pytanie raczej o to, czy Polska ten koncept dobrze wdrożyła. Moim zdaniem niekoniecznie. Rozdmuchując kolejne rozporządzenia, samą ustawę PSW, sami zablokowaliśmy sobie możliwości, które KRK stwarza.
    Czy jest potrzebne? Słusznie autor zauważył, że w kształceniu elitarnym, o silnej relacji mistrz – uczeń, raczej nie. Tylko że rzeczywistość jest taka, że w Polsce się tak nie kształci a kierunki elitarne można policzyć na palcach jednej ręki.

    Czy KRK jest odpowiedzią na kryzys jakości – zapewne nie, bo jest tylko narzędziem. Ale czy brak selekcji na wejściu jest? Skoro we wszystkich uczelniach rekrutacja wrześniowa jest standardem, to czy istnienie egzaminów by cokolwiek zmieniło? Śmiem w to wątplić. Problem braku kandydatów dalej by istniał, niezależnie od sposobu ich selekcji (a raczej jej braku). Myślę, że najdobitniejszym wyrazem tej fikcji jest niedawna inicjatywa UMCS (http://lublin.gazeta.pl/lublin/1,48724,14570253,Kto_pierwszy__dostaje_indeks__Eksperyment_na_UMCS.html)

    Ostatnia kwestia, to chyba raczej temat na odrębną dyskusję. Myślę, że można by ją było zacząć od następującego pytania: izomorfizm czy może kult cargo?

    M.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>