Po co studentom wykłady

Zajęcia na studiach są lepsze i gorsze, podobnie jak studenci i wykładowcy. Jednym z elementów doskonalenia jakości kształcenia jest ewolucja metod dydaktycznych z tych, w których nauczyciel jest w centrum uwagi (teacher oriented) na takie, w których student jest aktywny (student-oriented).

Tradycyjnymi formami zajęć są wykłady i ćwiczenia. Czy studenci powinni mieć możliwość przygotowania się do tych zajęć na podstawie materiałów odpowiednio wcześniej zamieszczonych na platformie Moodle. Czy też w trakcie wykładów powinni notować to, co jest prezentowane na dziesiątkach slajdów, a podczas ćwizceń zaskakiwani tematami do dyskusji? Te pytania wzbudzają emocje wśród studentów i wykładowców.  Są dwie szkoły. Wyznawcy jednej twierdzą, że udostępnienie konspektów wykładów powoduje, że większość studentów rezygnuje z udziału w wykładach. Pewnie jest w tym sporo racji, a frekwencja studentów na wielu wykładach to potwierdza. Jest i druga szkoła, reprezentowana przez innych wykładowców, a także studentów, którzy twierdzą, że przekazywanie konspektów zajęć z odpowiednim wyprzedzeniem jest zasadne i sprzyja lepszemu zrozumieniu wykładu i aktywności studentów podczas ćwiczeń.

Czy jest złoty środek?  

Zapraszam do dyskusji w przekonaniu, że jakość kształcenia zależy nie tylko od nauczycieli akademickich, ale i od studentów

9 komentarzy nt. „Po co studentom wykłady

  1. Anonim

    Sądzę, że problem jest dość złożony, co nie oznacza, że bardzo trudny. Z mojej perspektywy wiele sprowadza się do podejścia prezentowanego zarówno przez prowadzących, jak i studentów. Jednak należy przyjąć, iż w pierwszej kolejność odpowiedzialność za przedmiot ponosi prowadzący, dlatego przy nim na chwilę się zatrzymam. Pytanie bowiem brzmi (albo może brzmieć): czy w ramach wykładu będzie odbywało się suche prezentowanie teorii, czy też może chce się podjąć ryzyko związane z wzbudzeniem – tylko – zainteresowania, czy też – aż – inspiracji ?

    Uważam, że pole do popisu jest ogromne, a możliwości niemal nieograniczone, jeśli chodzi o formę prowadzenia wykładów. Polecam stronę: http://greatteachers.harvard.edu , gdzie zamieszczone są filmy nt. najlepszych harvradzkich nauczycieli, którzy – właśnie! – przede wszystkim INSPIRUJĄ. Okazuje się bowiem, że w światowej uczelni, której absolwenci są laureatami wielu prestiżowych nagród, sama tylko wiedza podręcznikowa nie powoduje wypełniania się sal wykładowych po brzegi. Wypełniają się one wtedy, gdy wykładowca INSPIRUJE, gdy ograniczone myślenie nie występuje.

    Każdy student jest odpowiedzialny sam przed sobą za swoją edukację. Niemniej przejawia się to różnym podejściem – do zajęć, do zadań, do obowiązków, do prowadzących etc. Co jest jednak ważne, że młody człowiek przychodząc na uczelnię wyższą jest co prawda w znacznej mierze ukształtowany, ale na pewno jeszcze nie w pełni. Tu jest miejsce na realizację funkcji wychowawczej uczelni (o czym się często zapomina) i podjęcie (niełatwych!) działań zmierzających do kształtowania charakterów. Jakie to mogą być działania? Według mnie wystarczą dwa: dobry (własny) przykład oraz inspiracja.

    Może to zabrzmieć kontrowersyjnie, jednak nie ma co się obrażać na rzeczywistość, którą sami tworzymy. Otóż, jeżeli w ramach wykładu prezentowana jest li tylko teoria, a slajdy są przepisywane, jeżeli nie występują zagadnienia problematyczne, zachęcające do krytycznego myślenia, to jak w studencie ma się wyrobić właściwe podejście? (Można zapytać: cóż to takiego jest „właściwe podejście” u studenta? Niektórzy odpowiedzą, że występuje ono wtedy, gdy student nie zmuszany przychodzi na wykłady. I tu można się zgodzić. Jednak powody tego „samoprzyjścia” są różne, a lęk przed niezaliczeniem przedmiotu takim powodem na pewno nie jest i nie powinien być). W takich sytuacjach niejeden rezygnował z wykładów, przygotowywał się do zaliczenia z podręcznika i nieraz i nie dwa wychodził na tym lepiej niż uczestnicy wykładów. Ale czy o to chodzi? Gdzie szukana (oczekiwana?) wartość dodana?

    Patrząc z tej perspektywy, uważam, że dobrze jest udostępniać studentom zawczasu materiały na wykłady, tak by mogli chociażby przemyśleć temat. Trzeba jednocześnie zaznaczyć, że w prezentowanym układzie prowadzący-student, to ten pierwszy ponosi zdecydowanie większą odpowiedzialność za realizację przedmiotu – to on ustala zasady zaliczenia oraz ogólne zasady obowiązujące na przedmiocie. Do tych zasad student musi/może się dostosować. W tym kontekście można mówić o swego rodzaju kulturze wykładowej, której tworzenie spoczywa na prowadzących – będziemy mieli takich studentów, jakich sobie (poniekąd) wychowamy. Łatwe to nie jest, ba, wymaga to wysiłku i pracy i czasu i… wielu rozczarowań. Powstaje zatem pytanie: czy warto?

    No właśnie…warto?

    EN

    Odpowiedz
  2. Anonim

    Witam,
    zgodzę się EN jeżeli chodzi o to czemu wykład powinien służyć. Cieszy mnie, że akurat w polskich realiach wykłady są nieobowiązkowe (przynajmniej oficjalnie).
    Jeżeli wykładowca chce przedstawiać teorię z kilku czy kilkunastu (i więcej) książek itp. to czemu nie wydać zeszytu naukowego lub też książki do prowadzenia danego przedmiotu?
    W mojej opinii wykład nie powinien służyć wykładaniu teorii, a wymianie poglądów i nauce jak opanować dany przedmiot, jak zastosować go w życiu …
    Studenci powinni mieć mniej godzin teorii, którą mogą pogłębić np. w bibliotekach czy w ramach narzędzi multimedialnych, a więcej powinno być tych praktycznych zaciekawiających zajęć. Dzięki nim właśnie człowiek nabywa „głód wiedzy” już w czasie studiów, a nie jak to bywa dopiero gdy zacznie się pracować…
    Absencja na wykładach w mojej opinii wynika głównie z trzech przyczyn:
    1) potrzeba podjęcia pracy, aby móc studiować;
    2) „zmarnowany czas” czyli właśnie pewność, że więcej zyska się poprzez indywidualne nabywanie wiedzy;
    3) bo po prostu się nie chce – studenci nie widzą potrzeby uczestnictwa w zajęciach, brak świadomości że na wykładzie może być wiedza im potrzebna/nowa.
    W każdym powyższym przypadku (z wyłączeniem „wykładów obowiązkowych” – listy obecności) liczebność studentów na wykładzie – konkretnym przedmiocie, prowadzonym przez konkretnego prowadzącego – pokazuje wprost proporcjonalnie umiejętność wykładowcy do zainteresowania przedmiotem swoich słuchaczy.
    Byłem świadkiem i to kilka razy, gdzie różni prowadzący ten sam przedmiot, prowadząc ten sam temat mieli jeden kilka osób na audytorium, a inny wypełnione audytorium. Chyba każdy student zaobserwował podobne zjawiska.
    Sposób prowadzenia zajęć jest tak samo znaczący jak udostępnianie materiałów przed zajęciami. Cześć studentów to zapewne zachęci do uczestnictwa w zajęciach, a część stwierdzi że np. ten jeden wykład sobie „odpuszczą”.
    Inna kwestią jest to że konspekty a nawet całe materiały i tak są w obiegu między studentami różnych roczników. Różnicą przy udostępnianiu przez wykładowców konspektów czy materiałów będzie jedynie to, że wszyscy będą mieli równy dostęp do materiałów niezależnie czy znają kogoś z wyższych roczników.
    Chyba wszystkim należy się równy dostęp do wiedzy (choćby z założenia) …
    Chyba choćby słuchaczy na wykładzie było mniej, to lepiej powinno się prowadzić zajęcia z ludźmi którzy rozumieją co się do nich mówi, a co z tym idzie są zdolni do podjęcia produktywnej konwersacji.
    Pozdrawiam WDz

    Odpowiedz
    1. Anonim

      Dołączę się do dyskusji, gdyż temat warty jest przemyślenia.
      Z własnej praktyki wykładowej (a jestem stanowczo młodym wykładowcą tak wiekiem jak i doświadczeniem) wynika jeden pewny wniosek. Studenci stanowczo zasypiają, gdy podaje się im regułki, a uaktywniają się gdy zachęca się ich do dyskusji na wykładach.
      Moje podejście do wykładów jest następujące:
      a) szczegółową treść merytoryczną student może, a nawet powinien doczytać z książek czy
      z materiałów specjalnie przygotowanych do wykładów – rolą wykładowcy jest zatem podanie studentowi AKTUALNEJ literatury jaką warto jest przeczytać/przewertować by zyskać jak najświeższą wiedzę z danej dziedziny.
      b) Nie zgadzam się stanowczo z metodą prowadzenia wykładów, gdzie treść książek jest wypisywana na slajdach lub co gorsza prezentowana jako strony książek w formacie pdf.
      c) na wykładach, jeżeli nie podaje się wcześniej omawianych zagadnień, wykładowca powinien krótko przedstawić problem i jego tło, a potem przekierować dyskusję między studentów korygując jedynie ich tok myślenia. W ten sposób więcej ciekawych aspektów tego samego problemu uda się poruszyć, a studenci zaczynają spierać się między sobą próbując przekonać do swojego punktu widzenia i danego rozwiązania omawianego zagadnienia. Bardzo dużym plusem takiego prowadzenia wykładów jest uzmysłowienie studentom, że posiadają pewną wiedzę, której może jeszcze nie potrafią nazywać, ale dobrze pokierowani potrafią ją uaktywnić. To przekłada się na fakt, że nie muszą się uczyć na pamięć omawianych zagadnień, a wystarczy, że postarają się je zrozumieć i skonfrontować z własnym punktem widzenia.
      d) jak najbardziej udostępniać materiały wykładowe studentom i przede wszystkim wskazywać jednoznacznie jakie są wymagania dotyczące zaliczenia treści materiału, gdyż jedynie w taki sposób daje się im równe szanse na zaliczeniu przedmiotu.
      e) dać studentom wolność dotyczącą uczestnictwa w wykładach, gdyż i tak zawsze znajdą się tacy, którzy pomimo wszelkich starań wykładowcy nie będą przejawiali żadnego zainteresowania tematem, a posiadając zakres informacji niezbędnych do opanowania treści na zliczenie mogą sami sobie opracować i przyswoić niezbędną wiedzę.

      Odpowiedz
  3. Anonim

    Problem udostępniania materiałów z wykładów jest mi dobrze znany. Uczęszczam na wszystkie wykłady, gdyż lubię mieć własne notatki. Oczywiście wygodniej jest mieć ze sobą wcześniej wydrukowane slajdy, dzięki czemu mogę wysłuchać rozwinięcia haseł znajdujących się na slajdach i zanotować najważniejsze informacje. Jednakże są wykładowcy, którzy nie udostępniają materiałów i wszyscy przepisują jak szaleni treści nie mając czasu na dopisanie komenatrza, co jest złe, ponieważ nic nam nie dadzą puste hasła, jak nie rozumiemy o co w nich chodzi. Ponadto osoby, które nie chodzą na wykłady bo dla nich literka „W” obok przedmiotu oznacza wolne,to i tak nie będą uczęszczać, nawet jak nie będzie materiałów. Zawsze znajdą kogoś kto im da skserować notatki.
    Ewelina

    Odpowiedz
  4. Anonim

    Studiowałam zarówno dziennie jak i zaocznie. W trakcie studiowania dziennego takie zachowanie nie dziwiło i było zgodne z przekazywanymi legendami – jedną ręką piszą a drugą zmazują. Nikt się nie odzywa, nie komentuje, bo przecież układ jest taki, że ten Pan(i) co pisze na tablicy da nam wpis. Po co się wychylać, kwestionować ich sposób nauczania. Przecież zawsze można podpaść i mieć pod górkę.
    Problem w takim podejściu jest taki, że ‚suche’ spisywanie zabija wszelką kreatywność, potencjalną myśl, która może zachęcić do zgłębienia zagadnienia. Kiedy wychodzi się z wykładu z obolałą ręką, nie ma się w głowie tego co wykładowca chciał przekazać, a raczej ciąg literek, które nie składają się jeszcze w logiczną całość. Później się to po prostu przeczyta. Z racji wzbudzonego zainteresowania, najprawdopodobniej tuż przed egzaminem.

    Z mojego punktu widzenia osoby, które decydują się na taką formę prowadzenia zajęć najczęściej chowają się za nią ze swoją niewiedzą, niechęcią do dyskusji i nieśmiałością. Zdarzyło mi się usłyszeć na tej uczelni na moje dociekanie: jest tak bo ja tak mówię. Wiadomo, że nie odzywałam się więcej podczas tych zajęć.

    Teraz studiuję zaocznie i takie podejście bardzo mnie dziwi. W większości studentami są osoby z jakimś zawodowym doświadczeniem. W moim przypadku kilkuletnie doświadczenie w korporacji na stanowisku na którym zajmuję się procesami, projektami i zagadnieniami dotyczącymi zarządzania wiedzą. Niedopuszczanie ‚głosu praktyki’ w dyskusji jest tak naprawdę umniejszaniem możliwości rozwoju wszystkich uczestniczących w zajęciach. Wszystkich łącznie z prowadzącym.

    Winą za tę sytuację po części obarczam studentów, bo z racji strachu przed wykładowcami i wygodnictwa nie korzystają ze swojego przywileju bycia klientem. Nie zgłaszają sprzeciwu tylko biernie przyjmują wytyczone zasady. W moim odczuciu na relację student-wykładowca powinno się patrzeć przez pryzmat jakościowy. Nauczono mnie, że zanim wdrożę jakiś projekt muszę poświęcić czas aby dobrze zbadać potrzeby mojego klienta. W przeciwnym razie po co w ogóle podejmować działanie, skoro i tak to co wyprodukuję na końcu okaże się niepotrzebne, źle ocenione, nieefektywne? Pytanie brzmi – jakie wymagania swoich klientów dostrzega uczelnia? Czy jest to obolała ręka i konieczność samodzielnego przyswajania wiedzy z książek bez możliwości dyskusji, bo przecież nie ma na to czasu?

    Zajęcia podczas których na wykładach tylko piszę ze slajdów, a na ćwiczeniach z tego przedmiotu wysłuchuję prezentacji innych studentów, nie rozwiną mojego zainteresowania dziedziną. W mojej ocenie jest to czas zmarnowany, ale muszę przez niego przejść aby uzyskać dyplom. Siedzę więc cicho, bo czuję, że nikt nie czeka na moją opinię i nie ma pola do dyskusji.

    Swoją drogą zajęcia wypełnione prezentacjami innych studentów to dla mnie osobny temat niewłaściwego podejścia do nauczania. Owszem grupa prezentująca materiał przygotuje się z jednego zagadnienia, ale reszta osób prawdopodobnie nawet ich nie będzie słuchała. Jedyny komentarz prowadzącego „Średnio cztery. Kto następny?” przeraża. Nie jest to niestety rzadka praktyka.

    Agata

    Odpowiedz
  5. Anonim

    Moim zdaniem frekwencja na wykładach nie jest uzależniona od tego czy konspekty są zamieszczane, czy też nie.
    W wykładach uczestniczy raczej niewielka grupa studentów (szczególnie w późniejszych latach studiowania)- zaryzykowałabym stwierdzenie, że to ok 30%. Ta grupa dzieli się na dwie podgrupy: pierwsza to osoby, które uczestniczą w zajęciach oczekując możliwości wpisania się na listę ‚puszczoną’ przez prowadzącego, bądź kogoś z sali- ci raczej nie przygotowują się do zajęć- celem jest lista; druga grupa to osoby, które po prostu chcą studiować, bez względu na to, czy konspekt jest, czy też nie. Zamieszczone konspekty wykładów, ogólne zarysy są jednak bardzo pomocne. Dzięki nim student może wcześniej zapoznać się z tematem, a to z pewnością pozwala aktywnie i świadomie uczestniczyć w wykładzie.
    Co do poruszonego wyżej tematu związanego z prezentacjami przygotowanymi przez studentów, które mają wypełnić cały semestr, to muszę przyznać, że słuchanie po raz kolejny o fenomenie coca-coli na rynku, choć na początku bardzo interesujące, w pewnym momencie zaczyna męczyć słuchacza… W efekcie prezentacja pochłania tylko osobę bądź osoby, które ją przedstawiają.
    AP

    Odpowiedz
    1. Anonim

      Więc jaki jest cel wypełniania semestru prezentacjami skoro wszystkich nudzą? Tak naprawdę zainteresowani są tylko i wyłącznie prezentujący materiał. Słuchanie przedstawionego pobieżnie zagadnienia o fenomenie coca-coli nie rozwinie mojego zainteresowanie przedmiotem. Skończy się na tym, że będę podczas całego przedmiotu słuchała… siebie podczas mojej prezentacji. Bo w sumie nikt niczego innego ode mnie nie oczekuje, nie motywuje, nie zachęca, nie pobudza. Jeżeli widzę, że prowadzący nie jest pochłonięty dziedzina jaką przedstawia, jak ja poprzez słuchanie innych ‚wypocin’ okraszone marnymi zdolnościami prezentacji, będę w stanie wykształcić w sobie chęć do studiowania? Nijak.

      A co do frekwencji 30%. Czy to byłaby taka tragedia rozmawiać ciekawie z 30% studentów z roku? Może właśnie przez takie podejście ta liczba by wzrosła? Bywałam na wykładach podczas których byli wszyscy siedzieli, słuchali, rozmawiali i uczyli się. Przykładowo szanowny Pan Myles Gartland siadał na biurku przed nami i opowiadał w taki sposób o Statystyce 2, że „mózg się otwierał” i człowiek chłonął wiedzę, zaczynając rozumieć oczywistości jakie do tej pory cała rzesza wykładowców próbowała wcześniej bezskutecznie włożyć nam do głowy,zasłaniając się wzorami i dedykowanymi programami, bez znajomości których sądzono, że tematu nie da się zrealizować. Nikt nie próbował nam wcześniej opowiedzieć o praktycznej stronie tych wyliczeń. Teraz rozumiem i korzystam w pracy właśnie dzięki Panu Mylsowi. Frekwencja była bliska 100%. Ludzie po prostu czuli, że warto. Da się? Da się.

      Agata

      Odpowiedz
  6. Anonim

    Może to nie do końca na temat ale z wykładami i ćwiczeniami bywa jak z blogami. Moderator/autor/twórca który potrafi zaciekawić tematem cieszy się popularnością i może nie zawsze duża ilością wpisów/wypowiedzi lecz „wejść” czytelników. Dobrze ujęty tj. skierowany faktycznie do słuchaczy temat, trochę charyzmy i kilka innych (m.in. wiedza, dociekliwość, …) czynników doprowadza do sukcesu zarówno przy prowadzeniu wykładów jak i innych społecznych form dzielenia się wiedzą, pomysłami i opiniami.
    Przykładów chyba nie trzeba tu podawać bo każdy zna ich co najmniej kilka – choćby śledząc blogi WZiE …
    Pozdrawiam WDz

    Odpowiedz
  7. Anonim

    „Jednakże są wykładowcy, którzy nie udostępniają materiałów i wszyscy przepisują jak szaleni”.

    Naprawdę jeszcze tacy są? Trudno uwierzyć…

    Pozdrawiam i współczuję

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>