KRK czy Krk

Krajowe ramy kwalifikacji (KRK) zaprzątają uwagę wielu osób we wszystkich typach uczelni. Chorwacka wyspa Krk przyciąga wielu turystów, w tym również Polaków. Piękno krajowych ram kwalifikacji jest nieporównywalne z pięknem fraktali, dlatego jednych fascynuje, innych doprowadza do pasji, a jeszcze innych wprawia w osłupienie. Piękno wyspy Krk, abstrahując od pływających meduz, z którymi mieli ‘przyjemność’ zetknąć się niektórzy turyści, zachwyca i urzeka, choć piaszczyste plaże Morza Bałtyckiego też są atrakcyjne.

Czego możemy się spodziewać w wyniku wdrożenia krajowych ram kwalifikacji, pokaże czas. Czego możemy się spodziewać odwiedzając wyspę Krk, najlepiej wiedzą ci, którzy tam byli. Ja wybieram, mimo parzących meduz i opłaty za wjazd przez malowniczy most, wyspę Krk, ale może inni wybiorą rodzime KRK.

3 komentarzy nt. „KRK czy Krk

  1. Anonim

    Nic nas chyba tak bardzo nie blokuje, jak nasze własne domniemane przeszkody. Możemy oczywiście myśleć, że na Krk nie warto jechać, bo Bałtyk to też morze i woda też jest słona i mokra, więc w sumie na jedno wychodzi. No a do tego dochodzą jeszcze te meduzy i opłata za wjazd na most.
    No a można podjąć trud i sprawdzić, że ta opłata to przecież tylko nieco ponad 5 euro a meduzy nie napotkałem tam żadnej.
    Jak wyruszymy, to przekonamy się, że na Krk, wiodą zdecydowanie lepsze drogi, niż nad nasz polski Bałtyk. Zdobędziemy nowe doświadczenia, poznamy nowych ludzi. No a powrót zawsze jest możliwy, w końcu w drodze powrotnej, opłata na moście z Krk, nie jest pobierana.

    Z KRK jest pewnie podobnie, tylko musi nam się chcieć ruszyć z ciepłej kanapy sprzed telewizora i sprawdzić …

    M.

    Odpowiedz
    1. Anonim

      Podjęłam trud i wyprawy na Krk – było warto i zwlekłam się z kanapy celem zrozumienia – bo to najpierw preferuję, zanim podejmę działania – KRK dla studiów podyplomowych.
      No i nie jestem pewna, czy było warto zwlekać się z kanapy….
      Ewa Hope.

      Odpowiedz
  2. Anonim

    Odkąd pracuję na uczelni (2001 r.) praktycznie co wrzesień przeżywamy, a to nową reformę, nową listę czasopism punktowanych, czy też nowe zasady oceny parametrycznej uczelni/pracowników itd. itp.

    Szkoda tylko, że te wszystkie reformy, ramy kwalifikacji są tak mocno oderwane od rzeczywistości, że po 12 latach pracy zaczynam się gubić w …. papierkach, listach, tabelkach. A czy coś się zmieniło? Zamówienie książki/oprogramowania to tydzień samego biegania z wypełnianiem druków, uzasadnianiem itp. Następnie pozostaje czekanie, czekanie i czekanie na daną książkę. Ministerstwo tworzy jakąś sztuczną listę czasopism punktowanych, która jest zmieniana średnio co 2-3 lata. A potem dziwimy się, czy nawet oburzamy, że na kilkaset osób, które wygrały granty UE jest tylko jedna osoba z Polski.

    Jestem ciekawy, czy osoby, które układają tę listę opublikowały kiedykolwiek artykuł w czasopiśmie SSCI lub SCI. Zajmuje to minimum 12 miesięcy, często nawet do dwóch lat. We wrześniu 2012 r. otrzymujemy maila “słuchajcie, w 2012 publikujcie wg tej nowej listy”. Haha, to jest żart??? Jeżeli ktoś wysłał artykuł w 2011 roku do czasopisma wg listy z września 2010 roku, jest w trakcie recenzji i teraz dowiaduje się, że jest nowa lista i nie ma tego czasopisma, to co ma zrobić? Wycofać artykuł, bo wg polskich kryteriów nie będzie on miał żadnej wartości (mimo, że jest to SSCI z impact factor) ? Kolejny rok stracony, a co jeśli we wrześniu 2013 roku będzie znów inna lista? Jakiś absurd. Zamiast stosować te same zasady co większość uczelni na świecie, tworzymy własne “podwórkowe” twory, a potem dziwimy się, że tylko 1 osoba w Polsce wygrała grant. Granty, konkursy na stanowiska naukowo-dydaktyczne w większości krajów oceniane są wg liczby publikacji w czasopismach SSCI/SCI i doświadczenia zawodowego. Jest przeciez raport Thomson Reuters z listą czasopism uszeregowaną wg impact factor. Czy nie lepiej stosować to samo kryterium, co większość uczelni na świecie (zrobić przelicznik impact factor na wewnętrzne punkty wg kryterium: top 5%, top 30%, top 50%, top 70% i reszta)? I tylko dodatkowo opracować listę krajowych czasopism punktowanych (nawet często ją aktualizując, bo publikacja w krajowych czasopismach zajmuje tylko kilka miesięcy).

    Oburzające są artykuły dziennikarzy sugerujących, że przyczyną braku międzynarodowych sukcesów jest zacofanie pracowników naukowych. Jesteśmy ofiarami tych wszystkich reform. Reform, które spowodowały, że bardziej “opłaca” się wysłać kilka artykułów do czasopism polskich, szybciej je opublikować i uzbierać punkty potrzebne do oceny pracownika, niż wysłać artykuł do czasopisma SSCI, czekać 2 lata i jeszcze ryzykować, że w międzyczasie czasopismo to zniknie z punktowanej listy ministerialnej i skończyć z 0 pkt. Przez te reformy “bronimy” swojej pozycji w kraju, a “przegrywamy” niestety z kryteriami międzynarodowymi. Ale na pewno nie jesteśmy ani zacofani, ani leniwi.
    Pracowałem na uczelni w Niemczech, w Meksyku, teraz na Tajwanie, na wydziale, na którym 75% kadry naukowej to osoby z zagranicy (większość z USA, Australii i Kanady, pojedyncze osoby z krajów UE – Irlandii, Austrii i Grecji) – niczym nie odbiegamy od nich. Myślę, że 80% osób z polskich uczelni bez problemu poradziłaby sobie na uczelniach zagranicznych. Tylko te “nasze” reformy…tworzące nowe tabelki i wzory.

    Na Tajwanie wysłałem tylko 1 maila z prośbą o zakup książki, po trzech dniach leżała już u mnie na biurku. W Meksyku, na uczelni nr 2 Meksyku i nr 7 w całej Ameryce Łacińskiej w 2012 (http://www.topuniversities.com/university-rankings/latin-american-university-rankings/2012), wystarczyło na zebraniu tylko stwierdzić, że fajnie byłoby mieć oprogramowanie z dostępem online do giełdy papierów wartościowych krajów ameryki łacińskiej (koszt około 2 000 usd), za 2 tygodnie informatyk instalował je na moim laptopie z prośbą, żeby posłużyło ono nie tylko do napisania artykułu, ale również żeby pokazać je studentom jako praktyczne narzędzie, które mogą wykorzystywać (w Polsce opracowanie populacji firm zajęło mi prawie 12 miesięcy, tam 1 tydzień – czy to znaczy, że w Polsce jestem leniwy i zacofany ? ).

    Reformy te miały usprawnić nam prace-życie, by móc pójść naprzód z badaniami, a niestety tylko je komplikują i hamują. Tyle lat czekaliśmy na porządną reformę przeprowadzania habilitacji. I wyszło jak zwykle. Niektórzy wciąż idealistycznie jeszcze wierzą w sens “robienia” habilitacji, siedząc od rana do wieczora przed komputerem (znam jedną osobę z ZiE, która siedziała od rana do rana), inni pewnie dali sobie spokój.

    Poza tym, co te wszystkie ramy mają wspólnego z rzeczywistością? Trochę przypomina mi to sytuację w piłce nożnej. Dyskusje, reformy a potem i tak nasza drużyna zajmuje ostatnie miejsce w najsłabszej grupie, a Polacy radośnie śpiewają “nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Komedia ! Otóż stało się, bo świat dawno poszedł do przodu. Internacjonalizacja uczelni stała się dawno faktem. Teraz uczelnie walczą o nowe formy kształcenia, tworzą alianse i wirtualne sale wykładowe, gdzie studenci dwóch uczelni (np z Azji i USA) uczestniczą wspólnie w zajęciach. A w Polsce jesteśmy dopiero na etapie rozpoznawania potrzeby otwarcia się na studentów/wykładowców z innych krajów. Na PG tylko nasz Wydział zrozumiał potrzebę internacjonalizacji, reszta się zastanawia, czy im jest “to coś” potrzebne, a z drugiej strony są obawy o niż demograficzny. Co ciekawe w podobnej sytuacji (liczba mieszkańców vs liczba uczelni) jest Tajwan (22 mln mieszkańców vs 180 uczelni, u nas 38 mln vs 400 (??) uczelni ). I mimo, że im jest trudniej się przestawić na jęz. angielski (dlaczego to temat na inną dyskusję), to potrafili przeobrazić uczelnię w całe miasteczko dwujęzykowe nawet z liceum z nauczycielami z USA. Można? Można. Znaleźli swoje czynniki przewagi strategicznej dla studentów z zagranicy (nauka chińskiego, łagodny klimat tropikalny, otwartość na świat, brak szoku kulturowego w porównaniu z Chinami kontynentalnymi, jakość studiów) i potrafią przyciągnąć nie tylko studentów z Tajwanu, ale również z innych krajów (Hongkong i Malezja – dobrze mówiący w jęz. ang. studenci-dawne kolonie Wlk.Br, poza tym USA, Czechy, Grecja itp.).

    No tak, ale trzeba chcieć….jestem pod wrażeniem, że tutaj najwyższym władzom uczelni się chce. Do uczelni z 20 000 studentów i prawie 600 pracownikami naukowymi, przyjeżdża 4 nowych (z Polski, Grecji, Francji, Austrii). Dla tych czterech osób zorganizowano czterogodzinne “szkolenie” z Rektorem, 2 Prorektorami, 3 Dziekanami, żeby przedstawić uczelnię, poznać się, zjeść wspólnie lunch. Hmm zastanawiam się, na której uczelni w Polsce rektorom chciałoby się spędzić 4 godziny z 4 zwykłymi pracownikami. O jakości uczelni decydują ludzie – studenci i kadra – nie komputery. Laboratorium można wymienić, to tylko kwestia pieniędzy, a ludzi – nie.

    Pozdrawiam serdecznie…
    Tomasz Korol

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>