Manowce masowości wyższego wykształcenia

Masowość wyższego wykształcenia ma szereg zalet, jednak nie o nich będę pisał. Niepokojący jest wyraźny spadek jakości kształcenia, o czym pisze we wczorajszym wydaniu GW prof. Ireneusz Krzemiński w artykule pt. „Pożółkłe kartki” http://wyborcza.pl/1,76842,11991839,Pozolkle_kartki.html. To bardzo pouczająca lektura. Moje spostrzeżenia są bardzo podobne, a ich konkluzją jest stwierdzenie, że zarówno przekaz zbyt abstrakcyjny (kłania się niski poziom wiedzy matematycznej) jak i ten odwołujący się do przykładów z obszaru kultury czy współczesnych zjawisk społecznych-gospodarczych (horyzonty zainteresowań to pojęcie słabo rozpoznawalne) trafia do niewielkiej grupy studentów. Nasuwa się pytanie: po co kształcić tak dużą liczbę studentów, skoro dyplom wielu z nich nie będzie wiele wart i nie zmienią tego faktu, przynajmniej moim zdaniem, wprowadzane krajowe ramy kwalifikacji. A poza tym, dlaczego tak niewiele mówi się o kosztach, jakie ponosi społeczeństwo w związku z kształcenia na poziomie wyższym na tak masową skalę na pierwszym i drugim poziomach studiów. W tym kontekście może z nieba spada nam niż demograficzny…

Jest i druga strona medalu – od niemal dwudziestu lat koszty działalności dydaktycznej do kosztów działalności badawczej w publicznych szkołach wyższych mają się jak 80:20, nauczyciele akademiccy są przeciążeni zajęciami dydaktycznymi, co odbija się, choć nie tłumaczy w pełni mniejszego zaangażowania w działalność badawczą. I tak błędne koło się toczy, po coraz bardziej wyboistej drodze. A skutki uboczne są dotkliwe. Stawiam, z pewnością dyskusyjną tezę, że masowość kształcenia na poziomie wyższym jest jedną z istotnych barier w rozwijaniu działalności badawczej przez pracowników wyższych uczelni. Nie najważniejszą, ale trudną do przeoczenia. Nie dotykam tu kwestii wynagrodzeń, gdyż pytanie: jak żyć Panie Premierze? i tak nie trafia do przekonania kolejnych PT. Adresatów.

7 komentarzy nt. „Manowce masowości wyższego wykształcenia

  1. Anonim

    Bardzo ciekawe rozważania odnośnie marki dyplomu zawarte są w artykule „Rola marki dyplomu w perspektywie niżu demograficznego w Polsce (2010-2020)” w Nauka i Szkolnictwo Wyższe 1/37/2011. Autorzy zauważają, że fenomen „marki” w przemyśle pojawił się w momencie umasowienia produkcji, która zyskując zasięg ponadregionalny, musiała prowadzić do wytwarzania produktów wyróżniających się. Stąd optymistycznie stwierdzam, że być może, gdyby nie umasowienie kształcenia, nie byłoby dzisiaj dyskusji o marce, a przecież to istotne – wyniki badań przytoczone w artykule wskazują, że w przypadku absolwentów bez doświadczenia, szukających pracy tuż po ukończeniu studiów, siła dyplomu ma bardzo istotne znaczenie. Poczekajmy, „może z nieba spadający niż demograficzny”, pokaże, które spośród silnych marek są najsilniejsze.

    Odnośnie przeciążenia nauczycieli i wpływu tego czynnika na badania oraz kształcenie. Robiłem ostatnio zestawienie (dla roku 2009 i 2010) z którego wynika, że w uczelniach publicznych etaty podstawowe (w przypadku wszystkich nauczycieli) obsadzane są przez 68% zatrudnionych, zaś w przypadku uczelni prywatnych… 3% (gdzie szkoły te kształcą 1/3 studentów). Rozumiem, że wieloetatowość i wielozatrudnienie są ratunkiem dla kieszeni, jednak… czy wspomniane przeciążenie nie jest czasem efektem braku umiaru? W JBR pełne etaty to 85%, w PAN 93%, zatem tu problem nie występuje. Może więc należy rozważyć postulat wyraźniejszego oddzielania stanowisk naukowych od dydaktycznych w uczelniach? Ideowo, badania mają przyczyniać się do podnoszenia jakości kadry, co ma mieć swoje odzwierciedlenie w jakości kształcenia. Skoro jednak połączenie misji uczelni w zakresie kształcenia i badań odbija się niekorzystnie na obydwu tych zadaniach…? A może i tu z ratunkiem przyjdzie niż demograficzny? :)

    Bartosz Julkowski

    Odpowiedz
  2. Anonim

    Właśnie wróciłem z Via University w Horsens (Dania) gdzie uczestniczyłem w obronach prac dyplomowych realizowanych w ramach projektów grupowych przez naszych studentów. Każda z obron to 15 minutowa prezentacja, po której następowały pytania kierowane do każdego z członków zespołu (po pół godziny na osobę). Łącznie przy trzy – czteroosobowym zespole to około 2 godzin na projekt (przypomnę nasze półgodzinne obrony i pytania z listy zadawane naszym studentom realizującym indywidualne prace).
    Te dwugodzinne rozmowy ze studentami to prawdziwa przyjemność rozmowy, w której pracownicy uczelni i studenci „to partnerzy w wiedzy”. To nie wykład, kiedy mówimy ex katedra ani też laboratorium, gdzie studenci realizują wyznaczone zadania. Powtórzę, to prawdziwa przyjemność, kiedy rozmawiamy ze studentami jak z potencjalnymi inwestorami o pomyśle na biznes i jego realizacji. To też czas, aby nauczyciele uświadomili sobie, dlaczego na tej uczelni pracujemy. Kiedy widzę po drugiej stronie dojrzałych młodych ludzi ułożonych i ukształtowanych, to widzę też sens naszych działań. Ale widzę tez zagrożenie, o którym pisze Pan dr Leja. Tym zagrożeniem jest masowość naszych uczelni zabijająca chęci do wykazania się, prezentacji swoich pomysłów i bycia zauważonym. To tak, jak mówił mi Pan prof. Tubielewicz, że ze studentem trzeba rozmawiać a nie ich go egzaminować. Stąd też jego egzaminy trwały godzinami, ale on rozmawiał.
    Coraz częściej wierzę w teorię trygierów – wyzwalaczy samoczynnie uruchamianych w dobrze funkcjonujących systemach społecznych. Wierzę, że cytowany przez moich przedmówców niż demograficzny będzie takim trygierem, który zdejmie z nas jarzmo masowości i pozwoli, na to aby z naszymi studentami – partnerami rozmawiać a nie tylko ich uczyć.
    Cezary Orłowski

    Odpowiedz
  3. Anonim

    I znów kolejny problem zostanie załatwiony za uczelnie. Jak Polska długa i szeroka niemal wszystkie uczelnie w strategiach swojego rozwoju wpisały sobie wzrost liczby studentów(PG np. do 30 tys), a ostatnio też doktorantów(PG do 1 tys). I jednocześnie wszyscy się zgadzają, że masowość zabija jakość. Być może nie jestem obiektywny, ale dostrzegam w tym rozumowaniu pewną lukę…

    M.

    Odpowiedz
    1. Krzysztof Leja

      Przeciwstawiam się masowości kształcenia w obecnym wydaniu, mając na uwadze równanie: ilość x jakość = 1. To proste równanie nie oddaje z pewnością wszystkich związków masowości kształcenia z jego jakością, ale nie można o nim zapominać. Problem w tym, aby dobrze wykształcić mniejszą liczbę studentów, a nie zastępować bylejakością w masowym wydaniu. Podzielam opinię prof. Orłowskiego, o roli trygierów, z zainteresowaniem przeczytałem też przykład naszych Dyplomantów, którym się chce, ich Nauczyciele są przewodnikami po wiedzy, a oni sami Partnerami w tej ciekawej wędrówce. Doświadczyłem podobnych sytuacji, w tym rozmów ze studentami wyjątkowo zainteresowanymi studiami, nie w kontekście uzyskiwania zaliczeń, lecz zdobywania wiedzy. To krzepi, lepiej jak wańkowiczowski cukier. I za to Studentom „nękającym” mnie wieloma pytaniami – serdecznie dziękuję.
      pozdrawiam
      Krzysztof Leja

      Odpowiedz
      1. Anonim

        Masowość kształcenia w obecnym wydaniu ma zabarwienie raczej negatywne. Przy czym nieustannie zwraca się uwagę na niski poziom, jaki prezentują sobą studenci. Trzeba przyznać, że faktycznie niski poziom zdarza się często, ale krzywdzące jest wrzucanie WSZYSTKICH do jednego worka. Paradoksalnie negatywne skutki masowości kształcenia najbardziej dotykają właśnie studentów. Jednak studentów, którzy chcą więcej -więcej wiedzieć i rozumieć. Dlatego przy szukaniu rozwiązań dla poprawy sytuacji właściwe jest czerpanie z dobrych praktyk (o czym pisał wyżej Pan Profesor Orłowski) ukazujących pojedyncze jednostki wspomnianej masy, które nie przejawiają cech, którymi się nią -masę- określa. Bo co może robić student? Najprostszym rozwiązaniem jest rozpoczęcie od siebie i nie poprzestawanie jedynie na wiedzy dostarczanej w ramach wykładów i ćwiczeń… Jak to robić? Na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam. Ciekawe jak wielu z nas jeśli chce czegoś więcej, to potrafi po to sięgnąć…

        Zachęcam do obejrzenia kilkunastominutowego wykładu nt technik kształcenia przedstawionych przez wykładowcę z Uniwerystetu Stanford Daphne Koller: What we’re learning from online education
        http://www.ted.com/talks/daphne_koller_what_we_re_learning_from_online_education.html

        Pozdrawiam,
        Emilia Nagucka

        Odpowiedz
        1. Anonim

          Jak zwykle – nadzwyczajnie interesujący wątek w tym blogu. Co więcej, poruszona kwestia ma kluczowe znaczenie dla przyszłości Polski i – nie zawaham się tego powiedzieć – Europy (uzasadnienie tego stwierdzenia w dalszym ciągu mojej wypowiedzi. Mam kilka uwag do głosów dyskusji.
          1. Masowość jest bez wątpienia zła. Rozkład zdolności w populacji kraju/regionu jest mniej więcej stały i jest to rozkład Gaussa. Góra 15% obecnych (masowych) studentów to osoby, które należą do grupy dającej nauczycielom akademickim satysfakcję z pracy. Dodatkowo – owe co najmniej 40%, które nigdy nie powinny brać się za edukację wyższą – ciągną w dół pozostałe 45%. Przy mniejszej masówce – to ci najlepsi pociągaliby za sobą słabszych – innym słowem – równanie w górę, a nie w dół. Głosy o „marce”, której znaczenie uwydatniło się wraz ze wzrostem masowości produkcji, uważam za chybione. Po pierwsze, panie i panowie ekonomiści, produkt uczelni jakim jest student, jest wyjątkowo oporny na zmiany. Trwają one zwykle dłużej niż cykle ekonomiczne rozważane w bardziej tradycyjnych dziedzinach produkcji i usług (w dodatku produkt ten nie jest jedynym produktem uczelni, vide produkcja naukowa!). Większość uczelni nie może się zdecydować, który produkt ma pierwszeństwo. Przez kilka lat pracowałem na uniwersytecie w USA, który był (i jest) niezwykle wysoko klasyfikowany w kontekście nauki (5-6 pozycja w klasyfikacji poziomu studiów doktoranckich w zakresie nauk ścisłych), a równocześnie „cieszył się” bodaj najgorszą opinią w dziedzinie dydaktyki. Zatem – nie tylko w Polsce (ale na tym uniwersytecie jakoś nie bardzo się tym martwili: Marka – studenci wiedzieli, że łatwo tam się wiedzy nie zdobywa, ale za to jest to WIEDZA). Po drugie, mechanizm rynkowy jest bez wątpienia najlepszym dotąd wymyślonym przez ludzkość, lecz jego zdolności do samoregulacji są ograniczone, o czym wie każdy, kto posiada jako takie pojęcie na temat teorii automatyki i regulacji. Uważam to za szczególnie słuszne w kontekście tego specyficznego produktu, jakim jest absolwent wyższej uczelni. Zatem, po pierwsze – nie grzebać w systemie zbyt często i nie oczekiwać zmian natychmiastowych – odczekać przynajmniej tyle czasu, ile trzeba, aby orzec, czy skutkuje. To jest oczywiście wada polityków (nawet pracowników naukowych), którzy oczekują skutków w czasowych ramach ich kadencji. Po trzecie, trzeba jasno i PRECYZYJNIE sobie powiedzieć, co jest „produktem” dydaktycznego procesu uczelni. Czy wysoko wykształceni i innowacyjni absolwenci (tak politycy lubią mówić), czy produkcja dyplomów? Przy masówce – nieuniknione jest to drugie. Nie dziwota, że potem taki absolwent nie może znaleźć pracy i zasila szeregi takich, czy innych „oburzonych”. A propos danych o proporcjach między wydatkami na naukę i na dydaktykę. I znów – takie reguły gry ustalają nam politycy. Jeżeli dotacja jest niemal wprost proporcjonalna do liczby studentów, jest oczywiste, że tylko wariaci nie chcieliby z takich reguł gry skorzystać. Dofinansowanie badań zdobywa się znacznie trudniej.
          2. Czy zmniejszenie masowości doprowadzi niemal automatycznie do wzrostu jakości (teoria trygierów)? Wątpię. Uzasadnienie: Może i zadziała, ale vide uwagi z poprzedniego punktu – za wiele lat. Musi dojść do wielu zmian w mentalności studentów, pracowników naukowo-dydaktycznych oraz, nolens volens, polityków. Ciekawa uwaga: raduje nas – nauczycieli akademickich – obecność owych 15%, którzy swoim istnieniem uzasadniają nasze istnienie i pracę. I z nich jesteśmy dumni. A pozostali, to produkcja frustratów., przy czym sami nauczyciele akademiccy też staja się coraz bardziej sfrustrowani (nikt nie lubi działań pozorowanych, choćby z uwagi na ludzkie słabości sam im się oddawał). Trzeba rozmawiać i to jasno i precyzyjnie. Sam też nigdy nie dotrzymuję harmonogramu egzaminów ustnych, choć się staram. Ale jeśli przekażę studentom coś istotnego, niekoniecznie z zakresu wykładanej wiedzy, ale w zakresie podstawowych pojęć: po co się studiuje i jak to należy robić, to czasu tego nie uważam za stracony. Podsumowując – trzeba mówić lub tłumaczyć jasno i otwarcie – tak samemu sobie, jak i studentom.
          3. Na rynku zawsze istnieją dwie siły, nazywane podażą i popytem. Jeśli rośnie popyt, to pojawia się i podaż. Ale jeśli strony gry rynkowej nie maja jasności, co właściwie jest towarem, to taki rynek NIGDY nie doprowadzi do zharmonizowania obu elementów. Przyjrzyjmy się obu stronom. Studenci, w większości swojej (procenty szacunkowe – ocena moja – podałem wyżej), uważają, że towarem jest papierek, dyplom, zaliczenie. Nauczyciele akademiccy – też w większości swoje (procenty może lepsze) – odwrotnie. Rezultat – samooszukiwanie się na skalę wcześniej nie spotykaną (no i frustracja, frustracja). Wprowadzenie wspominanych przez dr Leję KRK niczego nie zmieni. Co oznaczają KRK? NIC!!!! To stare minima kształcenia w nowym opakowaniu. Piszemy: „student potrafi, student analizuje, student ogarnia takie to a takie pojęcia i nimi operuje”. Kiedy tak jest? W większości przypadków do chwili zakończenia egzaminu. Reguła 3Z: zakuj, zdaj zapomnij. Ostatnio przekształcająca się w regułę 4Z. To czwarte to ZAPIJ! A przecież nikt nie wymaga zapamiętania całej treści wykładów. Sam streściłbym swój 60-godzinny wykład z przedmiotu podstawowego i trudnego (duża dawka matematyki!) na 4-6 stronach A4 (czcionka 12 pkt). To wymagałoby zachowania w pamięci. Reszta, jak powiadali mędrcy, (Cyceron, Szekspir), jest myśleniem. Powinniśmy kształtować studentów ucząc ich MYŚLENIA (niezależnie od nauczanego przedmiotu)!!! Niestety, owa 40% większość po prostu tego nie lubi, albo nie zdaje sobie sprawy z istoty rzeczy. Krótko mówiąc – ględzenie o jakości kształcenia nie oznacza jakości kształcenia. Jak powiadał nieoceniony Szekspir, „to co zwiemy różą, pod inna nazwą równie słodko by pachniało”. Niestety, jeśli szambo nazwiemy róża, skutki olfaktologiczne tej operacji będą żadne. To samo dotyczy nazwania ignoranta magistrem – nawet na urzędowym mniej lub bardziej papierze. Kropka.
          3. Proces samooszukiwania się postępuje. Nie jest to jakaś szczególna cecha uczelni (nauczycieli i studentów) polskich. Tak jest niemal w całej Europie. W USA w znacznie mniejszym stopniu (silniejsze są tam tradycje dobrze rozumianej wolności i właściwie rozumianego wolnego rynku oraz głębsze rozumienie wchodzących w grę pojęć). Najlepszą ilustracją tej tezy są dzieje tzw. strategii lizbońskiej (nie mylić z Traktatem Lizbońskim). Europeiści z WZiE powinni wiedzieć, o czym piszę. Mówiła ona, że należy przedsięwziąć pewne kroki (opisane tamże), aby w określonym terminie – 10 lat – Europa stała się najbardziej innowacyjną gospodarką świata, w szczególności zaś bardziej innowacyjna i efektywną od gospodarki USA. Deklarację ową przyjęto w roku 2000. 10 lat minęło. Z okładem!!! Litościwie nie zapytam już o skutki. Europejczycy rodem z Brukseli nabrali wody w usta i udają, że nie wiedzą o co tu się ich pyta. Przypomina mi to przechwałki niejakiego Nikity Siergiejewicza Chruszczowa, który we wczesnych latach 60-tych ubiegłego stulecia buńczucznie zapowiadał, jak to szybko ZSRR „doścignie i prześcignie” USA. Komunizm upadł, bu był arcymistrzem samooszukiwania się. Ale współczesna nam Europa (i Polska), mimo oficjalnie „rynkowego” systemu, też coraz ochotniej bawi się „w te klocki”.
          4. Uwagi z poprzedniego punktu adresowałem głównie pod adresem studentów. Ale proces edukacji to dwie strony. Kamyczek do ogródka nauczycieli akademickich. Rekordzista wieloetatowości (uwaga – ekonomista!), pracował równocześnie na 17 etatach (mogę podać źródło, rok 1999). Inny „profesor” (do spółki ze swoim adiunktem) promował rocznie 400 prac magisterskich (kasując 6000 nadgodzin). Przecież on nawet nie był w stanie ich przeczytać, nie mówiąc już o jakimkolwiek nimi kierowaniu. W rzeczywistości był (jest?) pazernym chamem i moralnym zerem (żeby nie powiedzieć gnojkiem). Są to bardzo ostre – mam nadzieję, że nienaruszające reguł gry na blogu terminy – ale adekwatne – każdy, kto chwilę nad tym pomyśli musi to przyznać. Dlatego też nadciągający niż demograficzny (i nowe przepisy ograniczające wieloetatowość) może coś tu pomóc. Większość uczelni prywatnych padnie. I dobrze im tak!!! Choć znam kilka, może kilkanaście, godnych szacunku. Ale w Polsce istnieje ich obecnie ponad 330. Również wyższe szkoły zawodowe (państwowe) pójdą na odstrzał. Długo by można! Oczywiście i na szacownych uczelniach można się zetknąć z kiepską dydaktyką, ale to już osobna sprawa. W każdym razie owe „pożółkłe kartki” profesora Krzemińskiego są sprawą niepokojącą, choć dotycząca i ilustrującą zjawisko obserwowane raczej w dziedzinach humanistycznych (dobrego wykładu z podstaw termodynamiki nie trzeba modyfikować co roku).
          5. Szkoły wyższe nie funkcjonują w próżni. Trzymając się ekonomicznych paralel, półprodukty do naszego produktu otrzymujemy w postaci absolwentów szkół średnich, czy, jak to się teraz modnie mówi, ponadgimnazjalnych. Fałszywa a modna ideologia kierująca ich działalnością niczego dobrego przynieść nie może. Znam tu dziesiątki faktów ilustrujących postęp samooszukiwania się społeczeństwa. Rozkłady ocen z matur daleko odbiegające od rozkładu normalnego (z wielką „górką” tuż powyżej haniebnego progu zdawalności 30%), jawnie wskazujące na „przeciąganie” przez maturę uczniów na nią niezasługujących). Poczytajcie państwo artykuły profesora Nalaskowskiego. Prymitywne zadania z matematyki i ogólny, niezrozumiały lęk przed tą nauką, szczerze w naszym społeczeństwie dzielony przez uczniów i rodziców. Jeśli ktoś mi mówi, że może istnieć inżynier bez znajomości matematyki, to zwykłem odpowiadać życząc rozmówcy, aby leczyli go wyłącznie lekarze bez znajomości anatomii (jest to sytuacja ściśle analogiczna), a wtedy nierozsądne (łagodnie mówiąc) poglądy mojego rozmówcy znikną z powierzchni ziemi razem z ich nosicielem. Brak znajomości matematyki prowadzi nie do „produkcji” inżynierów, a zastępów gęgaczy, których pełno wśród polityków. Ludzi NIESKUTECZNYCH, zdolnych tylko do ględzenia! I nie uważam się za technokratę!
          6. Ostatnia uwaga dotyczy pewnego – moim zdaniem fałszywego – rozumienia demokracji. To w tym w końcu systemie wszyscy funkcjonujemy. W obecnej, zwłaszcza europejskiej jego odmianie, zanadto chce on polegać na stosowaniu prawa – i to wyłącznie prawa. Czyli kolejnych, coraz bardziej szczegółowych przepisów. Istnieją także tzw. miękkie środki organizacji społeczeństwa, przede wszystkim zdrowy rozsądek oraz moralność. Trend ku coraz bardziej wszechogarniającemu prawu – stymulowany rozwojem technik informatycznych – coraz bardziej zaczyna przypominać Orwellowskiego „Wielkiego Brata”, a jest niestety coraz bardziej nieskuteczny, żeby nie rzec kontr- albo i antyskuteczny. Uważam, że można by uniknąć całego szeregu opisanych wyżej zjawisk (faktów!), gdyby owe miękkie środki były bardziej doceniane. Posiadam książkę pod tytułem „Death of Common Sense. How law strangulates America”, w której zjawisko to jest analizowane szczegółowo. Nie ja ją napisałem, ale pewien amerykański prawnik. Fakty tam opisane często dyskutowałem z śp. Stefanem Zabieglikiem (zdrowy rozsądek był jednym z jego koników i polem refleksji naukowej) i odnajdowaliśmy coraz więcej podobnych przykładów na własnym podwórku.

          To chyba dość. Może zanadto się rozpisałem. Uważam jednak, że poruszona w tym wątku kwestia jest sprawą kluczową dla dalszego PRAWIDŁOWEGO rozwoju naszego kraju i dla dobrostanu (uniknięcia frustracji) nas samych, przez co rozumiem obie strony procesu dydaktycznego. Z chęcią udzielę bardziej szczegółowych wyjaśnień (więcej konkretnych danych, zawsze podam źródła) tym, którzy by tego chcieli.

          Pozdrawiam gospodarza blogu i uczestników dyskusji.

          Zgodnie z trendem – nie wstydzę się swoich poglądów – podpisuję się

          Wojciech Chrzanowski (z zaprzyjaźnionego wydziału)

          Odpowiedz
  4. Anonim

    Masowość kształcenia w obecnym wydaniu ma zabarwienie raczej negatywne. Przy czym nieustannie zwraca się uwagę na niski poziom, jaki prezentują sobą studenci. Trzeba przyznać, że faktycznie niski poziom zdarza się często, ale krzywdzące jest wrzucanie WSZYSTKICH do jednego worka. Paradoksalnie negatywne skutki masowości kształcenia najbardziej dotykają właśnie studentów. Jednak studentów, którzy chcą więcej -więcej wiedzieć i rozumieć. Dlatego przy szukaniu rozwiązań dla poprawy sytuacji właściwe jest czerpanie z dobrych praktyk (o czym pisał wyżej Pan Profesor Orłowski) ukazujących pojedyncze jednostki wspomnianej masy, które nie przejawiają cech, którymi się nią -masę- określa. Bo co może robić student? Najprostszym rozwiązaniem jest rozpoczęcie od siebie i nie poprzestawanie jedynie na wiedzy dostarczanej w ramach wykładów i ćwiczeń… Jak to robić? Na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam. Ciekawe jak wielu z nas jeśli chce czegoś więcej, to potrafi po to sięgnąć…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>