Dlaczego studenci nie korzystają z konsultacji?

 

Studia stacjonarne są bezpłatne, przynajmniej teoretycznie, jednak wiedza ma rosnącą wartość. Wartość wiedzy zdobytej w trakcie studiów zależy w znacznym stopniu od relacji nauczyciele-studenci. Nauczyciele, którzy starają się przekazywać wiedzę, kierując się przesłaniem: zobaczcie, jakie to ciekawe, proste i użyteczne, mają szanse na sukces. Ci, którzy pokazują, jacy są mądrzy (co szczerze powiedziawszy jest łatwiejsze), są skazani na porażkę. Prof. Rogoziński napisał ostatnio książkę pod znamiennym tytułem „Zarządzanie wartością z klientem”. Jeżeli przyjmiemy za pewnik, że wiedza ma wartość, zarządzanie nią wymaga interakcji nauczyciel-student. Tak zwane metody podające się przeżyły, ale co oferujemy w zamian, a czego oczekują studenci.

 

Studencka aktywność rośnie, gdy coś się dzieje na Wydziale (vide: blog Dominiakana), ale może warto zastanowić się, dlaczego jest ona niemal niedostrzegalna wtedy, gdy studentom, przynajmniej niektórym nasuwają się pytania, wątpliwości i chcieliby poszerzyć swoją wiedzę ponad obowiązujący zakres. Nawiasem mówiąc ustalanie ram wiedzy jest sztuczne i może utwierdzić studentów w przekonaniu, że wiedza z zakresu wykładanego przedmiotu ma swój początek i koniec.

 

Przedłużeniem wykładów, ćwiczeń i seminariów są konsultacje, w trakcie których jest okazja do spokojnej rozmowy o tym, co interesuje i nurtuje studentów. Jak zachęcić studentów do korzystania z konsultacji, których zadaniem jest nie tylko wpisywanie ocen do indeksu, lecz stworzenie możliwości rozmowy studentów z nauczycielami na tematy związane z problematyką poruszaną w trakcie zajęć. Czy problem leży po stronie studentów, których celem jest zaliczyć, czy po stronie wykładowców, którzy stwarzają bariery utrudniające studentom kontakt. Czy może studenci uważają, że pełniejszym źródłem wiedzy jest Internet? Ciekawe były komentarze studentów na ten temat.

Krzysztof Leja

 

18 komentarzy nt. „Dlaczego studenci nie korzystają z konsultacji?

  1. Anonim

    Z mojego doświadczenia wiem, że niektórzy nauczyciele faktycznie tworzą bariery. W moim przypadku nie chodzenie na konsultacje spowodowane jest albo brakiem zainteresowania danym tematem/przedmiotem, albo tym, że wstyd mi, że nie wiem, że nie zrozumiałam pewnych „oczywistości” i wykładowca mnie wyśmieje lub wyrzuci. O wiele łatwiej zapytać koleżankę, która ze stoickim spokojem wytłumaczy 10 razy to samo, albo wyszukać w Internecie, do którego nie będzie kolejki, który się nie spóźni, który nie przyjmuje w wybranych godzinach raz w tygodniu (jesteśmy bardzo zabiegani i naprawdę łatwiej zerknąć do sieci niż jeździć na konsultacje) ale całodobowo, w którym można znaleźć opinie z kilku źródeł, a nie jednego i odnośniki do książek elektronicznych. Co więcej, wydaję mi się, że dużą zaletą korzystania z sieci jest możliwość selekcji informacji. Prosząc wykładowcę o wyjaśnienie, czasem trzeba wysłuchać pół godzinnego wywodu – to może być za długo, a tu, mamy możliwość wybrania dokładnie tego, czego potrzebujemy.
    Wbrew pozorom, są studenci, którzy korzystają z internetu w celach edukacyjnych i to nie tylko z Wikipedii.

    Pozdrawiam,

    Diana Szoła

    Odpowiedz
  2. Anonim

    Panie doktorze (i wszyscy czytający po mnie),

    Jestem pracownikiem naukowo-dydaktycznym PG z zaprzyjaźnionego wydziału. Zacząłem czytać blogi „wziewu” po tym, jak dowiedziałem się o „aferze” związanej z wpisem pewnej studentki na mmtrojmiasto (wcześniej czytywałem sporadycznie). Pański blog oceniam za równorzędny z Dominiakaną, a pod pewnymi względami za ciekawszy.
    Ten nowy wątek (dlaczego oni, do jasnej ciasnej, nie korzystają z konsultacji?) jest niezwykle istotny. Pozwolę sobie na najprymitywniejszy sposób skomentowania pana „wstępniaka”, a mianowicie taki, że ustosunkuję się do pańskich opinii w tej samej kolejności, w jakiej pan je przedstawił.
    1) Dlaczego „nauczyciele, którzy pokazują, jacy są mądrzy, są skazani na porażkę”? Nie uważam tej opinii za słuszną. W wielu przypadkach zauważam, że wtrącenie w wykładzie pewnych własnych doświadczeń jest ze wszech miar wskazane, a nawet spotyka się z pozytywną opinią (ankiety studenckie, nota bene na naszym wydziale od kilku lat wypełniane w internecie). Student ma prawo wiedzieć, że prowadzący wykład miał jakiś rzeczywisty wkład w praktykę (zwłaszcza praktykę, teoria, publikacje – choćby najlepsze – mniej ich interesują) wykładanego przedmiotu. Co prawda, na 140 ankiet zawsze znajdzie się ze dwóch, którzy powiedzą „mądrzy się”, ale … Miejmy dystans i do siebie i do opinii studenckich (mieć dystans – nie znaczy lekceważyć).
    2) Dlaczego uważa Pan, że „metody podające się przeżyły”? Najpierw trzeba studentom wiedzę podać, a potem niech zjedzą, przeżują, a bodaj i wyplują. Byleby z refleksją – dlaczego? Można i należy im w trawieniu pomóc – taka jest m.in. rola konsultacji. Zanim przymierzę się do problemu „dlaczego nie korzystają z konsultacji?” (u mnie też nie, a co najwyżej rzadko, pomimo wyjątkowej dostępności godzinowej – nie odmówię studentowi, gdy zajrzy poza wyznaczonymi godzinami, a jeśli nawet, to tylko w wyjątkowych przypadkach), chciałbym zadać pytanie: „Dlaczego studenci właściwie w ogóle rzadko zadają pytania?” Zawsze na pierwszym wykładzie z cyklu bardzo gorąco zachęcam ich do tego, ale przecież nie będę błagał na klęczkach! To wiąże się z kwestią postawioną przez Pana pod koniec „wstępniaka”, a mianowicie: „może uważają, że pełniejszym źródłem wiedzy jest internet”. Moja pod tym ostatnim względem opinia wyrażona jest na T-shircie, który ubieram także na pierwszy wykład i gestem ekshibicjonisty odkrywam mój „program dydaktyczny”. Koszulkę zauważyłem dwa lata temu w Londynie na pchlim targu na Portobello Road i mimo ceny nie mogłem sobie odmówić jej zakupu, mając na uwadze właśnie zastosowanie dydaktyczne. Napis na koszulce brzmi: „Fuck Google! Ask me!”. Gest się podoba, ale nadal nie są skłonni do zadawania pytań. A przecież proces dydaktyczny nie jest (i od starożytności nie był, vide Sokrates) monologiem, a właśnie dialogiem, do czego potrzebne są dwie strony.
    3) Wiedza – oczywiście – nie ma początku i końca, tak jak nauczyciel, nawet akademicki, nie jest alfą i omegą (początek i koniec, Ap, 21:6).
    4) Obawiam się, że celem studentów, a przynajmniej połowy (mój szacunek zgrubny) jest jednak „zaliczyć”, a nie „posiąść wiedzę”. Za taki pogląd, a także za brak nawyku zadawania pytań obciążam jednak nie tylko studentów, ale przede wszystkim POLSKĄ SZKOŁĘ ŚREDNIĄ!!! Zabija u młodych pragnienie wiedzy i zdolność myślenia (uzasadnienie tego mojego poglądu wymagałoby z dwóch stron ekstra, ale służę w razie potrzeby). Za Oceanem studenci potrafią dobić wykładowcę pytaniami niezależnie od tego, czy za katedrą stoi noblista, czy „przybłęda z Europy wschodniej”. I trzeba temu dać odpór z uśmiechem na ustach, choć połowa pytań jest najzwyczajniej głupia. Ale jedno na 10 tysięcy może być genialne! Na tym tez polega nauka!

    A komentarze studentów (i studentek, ma się rozumieć) mogą być ciekawe. Byleby tylko bez owijania w bawełnę. Pants down! Dlaczego „darmowymi korepetycjami”, jakimi są konsultacje, się gardzi, choć skłonnym by się było dać duże pieniądze za korepetycje płatne (znam takie przypadki, uznają je równocześnie za kuriozalne czy wręcz patologiczne)?

    Pozdrawiam pana doktora i obiecuję systematycznie odwiedzać ten blog.

    Na razie pozostaję anonimowym sympatykiem, choć moi studenci – jeśli to przeczytają – od razu będą wiedzieć, kto jest autorem wpisu.

    Odpowiedz
    1. Krzysztof Leja

      @Diana Szoła
      Dziękuję komentarze. Trudno się nie zgodzić z uwagami studentki, jednak myślę, że będąc już na uczelni, warto skorzystać z konsultacji. A poza tym konsultacje mogą odbywać się mailowo.

      @Wykładowca z zaprzyjaźnionego Wydziału
      Dziękuję, że Pan użył określenia „zaprzyjaźniony Wydział”, gdyż uważam, że postrzeganie innych wydziałów jako współkonkurentów, a nie konkurentów jest jednym z kluczy do sukcesu Uczelni.
      Ad 1. W określeniu „popatrzcie jaki jestem mądry”, przytoczonym za Lwem Landauem cytowanym z kolei w słynnej książce Feynmana wykłady z fizyki (jestem absolwentem pierwszego rocznika fizyki technicznej na PG), miałem na myśli sposób przekazywania wiedzy, co nie wyklucza umieszczania w trakcie wykładów treści związanych z prowadzonym badaniami, nawet jeśli jest to tematyka trudna w odbiorze rzez studentów. Chodziło mi o to, aby podkreślić, że rolą nauczyciela jest zainteresować studentów tematyką i pokazać, że nie zamyka się ona w ramach wykładu.
      Ad 2. Zgadzam się, z Pana opinią. Rzeczywiście pominąłem fakt, że najpierw trzeba coś przekazać, aby nad tym dyskutować. Ale pominąłem go świadomie, gdyż uważam, że optymalną sytuacją byłaby taka, gdy student jest przygotowany na zajęcia. Być może to idée fixe. Ale warto mieć marzenia.
      Ad 4. Zapraszam w wolnej chwili do przeczytania wpisu „ryby i studenci głosu nie wydają”
      Pozdrawiam serdecznie
      Krzysztof Leja

      Odpowiedz
  3. Anonim

    Witam
    Pytanie jest trafne i wymaga szerszej odpowiedzi
    wydaje mi się, że głównym „winowajcą” jest internet – to tam młodzi ludzie komunikują się, rozmawiają, jest to dla nich „rynek wiedzy” (niestety)
    ponadto lenistwo – przecież na takie konsultacje trzeba dojechać, poświęcić czas….
    po trzecie – trzeba wiedzieć o czym chcę rozmawiać (co mnie gryzie) …
    no i kółko się zamyka..
    Oczywiście jest to moje spojrzenie na ten temat i może się mylę, ale chyba jednak coś w tym jest.

    Odpowiedz
  4. Anonim

    Dlaczego studenci nie korzystają z konsultacji?
    Ok, tak byli „wychowywani” w szkołach od podstawowej do średniej (vide: ryby i studenci głosu nie mają), że boją się pytać. Niech to będzie jedyna przyczyna (żeby się nie wgłębiać).

    A skoro taki „materiał” trafia na studia, to skąd może wiedzieć co się tam robi, oprócz tego, że gdzieś po drodze trzeba się uczyć. Pierwszoroczni przychodzą na zajęcia i słyszą słowo „konsultacje” i co dalej? Czasem padnie osobista definicja tego słowa podana prze prowadzącego, która sprowadza się często do tego, że jest on wtedy „dostępny”. No dobrze, ale skąd osoba znajdująca się w nowym otoczeniu, może wiedzieć co prowadzący rozumie przez tą „dostępność”.

    Z drugiej strony są prowadzący, którzy układają tak scenariusz swoich zajęć, że studenci którzy w nich uczestniczą po prostu muszą na konsultacje przyjść, choćby tylko raz, by dobrze wykonać powierzone zadanie – prezentację, opracowanie tematu, projekt etc. Co jest jakimś rozwiązaniem.

    A gdzieś po środku jest taki obszar, w którym spotyka się student i prowadzący, którzy zgadzają się co do tego, że konsultacje są potrzebne raz w semestrze „na wpisy”, a w jego trakcie niech każdy robi swoje i „nie przeszkadza” drugiemu. I ten obszar jest chyba największy.

    Przy tak postawionym w tytule pytaniu, odpowiedź nasuwa mi się taka: studenta do konsultacji trzeba wychowywać (o ile prowadzącemu z tym po drodze). Dojść tu też może kwestia budowania relacji partnerskich (choć niektórzy mogą się nie zgodzić), no i nieodzowne zaufanie. Jeśli przyjmie się, że kontakt studenta i prowadzącego stanowi wartość dla uczelni, to budowanie tej relacji powinno odbywać się nie tylko w trakcie zajęć w grupie 30 osób. Internet w budowaniu tego kontaktu raczej nie pomoże – „nędzna subtytutka”.

    EN

    Odpowiedz
    1. Anonim

      @EN
      Jeżeli wykładowca ma być przewodnikiem po wiedzy, powinien znaleźć czas, aby wyjaśnić studentom, czemu służą konsultacje.Dziękuję za komentarz.

      I jeszcze jedno na ogół konsultacje są w godzinach, gdy studenci mają inne zajęcia. Znalezienie dogodnego czasu na rozmowę, poza ‚urzędowymi’konsultacjami też jest ważne, tym bardziej, ze liczba studentów zainteresowanych taką rozmowaą nie jest nadmierna.
      Pozdrawiam
      KL

      Odpowiedz
  5. Anonim

    Jak zwykle porusza Pan bardzo newralgiczne kwestie.
    Gdy studiowałam również zbyt często nie chodziłam na konsultacje. Nie wiedziałam o co pytać, nie było to zbyt interesujące, było mnóstwo innych rzeczy do zrobienia. Zdarzyło się kilku wykładowców, do których bardzo lubiłam chodzić na konsultacje by porozmawiać o problemach poruszanych na danych przedmiotach, ale to już było pod koniec studiów, gdy wiedziałam czego chcę i co mnie interesuje. Miałam też już wtedy pewne doświadczenia by móc je skonfrontować z tym co usłyszę i zadać kolejne pytania.
    Dzisiaj często żałuję, że nie byłam bardziej dociekliwa w jakiejś materii, że już straciłam możliwość tak łatwego i darmowego zgłębiania problemów, zdobywania wiedzy. Gdy się nie jest studentem trzeba zapłacić często „ciężkie” pieniądze by móc porozmawiać z mądrymi ludźmi, którzy mają wiedzę i doświadczenie w danej tematyce. Dlatego tak wielką popularnością cieszą się wszelkiego rodzaju konferencje i seminaria. I tam znowu można iść na „konsultacje” i porozmawiać na temat, który akurat nas trapi.
    Wydaje mi się, że główną przyczyną nie przychodzenia studentów na konsultacje to po prostu brak pytań, nie wiedzą czego chcieliby się dowiedzieć i o co pytać.
    Internet nigdy nie zastąpi rozmowy z inteligentną osobą!

    Pozdrawiam,
    Anna Rynkowska, absolwentka

    Odpowiedz
    1. Anonim

      Witam Gospodarza i Gości,

      moim zdaniem problem jak zwykle leży po środku. Dlaczego część wykładowców ma pełne sale podczas konsultacji, a inni nie ? „Pełne” jest może zbyt szumnym określeniem, ale przyjmijmy, że ktoś regularnie puka w drzwi wykładowcy w wyznaczonym czasie. Kilka czynników, które na to wpływają:
      – postawa nauczyciela – zdarzyło mi się studiować poza granicami kraju i zauważyłem, że tam dużo częściej zjawiałem się na konsultacjach niż na Alma Mater. Dlaczego ? Przyjazna, bardzo otwarta postawa nauczycieli akademickich aż zachęcała do kontaktu poza wyznaczonym, „zajęciowym czasem”. Wcale się nie dziwię, że np. studenci 1 roku nie pytają, nie szukają etc.. Są w nowym środowisku, walczą o przetrwanie, a Profesorowie w ich wyobrażeniach są wielkości pewnego pomnika w Świebodzinie (i z taką samą bogobojnością do Nich podchodzą). Boją się, tyle w temacie.
      -postawa studentów – definicja konsultacji: czas, w którym Pan od przedmiotu X pozostaje w swoim gabinecie w bezruchu i można za pomocą ciekawych forteli próbować podnieść ocenę z kolokwium/egzaminu z 2 na 3 (opcja deluxe 3 -> 4, opcja omnibus 4-> 5). Nie ma cos się łudzić, 80 % studentów nie szuka wiedzy tylko zaliczenia. Nawet jeśli zalicza na wysoką ocenę uznaje to za potwierdzenie swoich nadludzkich umiejętności – „zaliczyłam Zarządzanie Wiedzą na 4, Chaparral Steel może nosić mi tornister” :) :) :)

      Oceniając obiektywnie, ciekawe podejście i ukazanie tematu, otwarta postawa potrafi przyciągnąć rozmówców. I nie ma znaczenia czy mówimy o konsultacjach, czy np. o tym blogu.

      Pozdrawiam
      B. Junod

      Odpowiedz
      1. Anonim

        każdy z tych wpisów to ciekawa refleksja, bowiem każdy ma rację! i gdyby to wszystko zebrać w całość, to znalazłaby się bardzo konkretna odpowiedź na postawione przez Pana pytanie. Ideę zachęcenia studentów do korzystania z konsultacji trzeba propagować to prawda. Jednak nie tak dawno, pewna dziewczyna podzieliła się wrażeniami z takich konsultacji i zredukowały się one do cynicznego odburknięcia Pani Prowadzącej: „no wie Pani… tego Pani nie umie? To było przecież.” Bez żadnego objaśniania problemu. Kij ma dwa końce, są też pewnie i takie persony, które myślą: żeby tylko żaden student nie przyszedł mi na konsultację, chcę wcześniej wyjechać do domu. Gdyby były like buttons, zlajkowałbym wpis Pani Diany uważałbym za najbardziej merytoryczny.

        Pozdrawiam,
        Mateusz.

        Odpowiedz
        1. Anonim

          Z uwagą przyglądam się kolejnej ciekawej dyskusji na Pana blogu. Fakt – niewielu studentów korzysta z konsultacji. Przyznam, że sam podczas studiów na WZiE sporadycznie korzystałem z godzin konsultacji. Tak, jak wyżej podpisani sądzę, że kluczowy jest tu kontakt nauczyciel – student. Jeśli wykładowca jest otwarty na kontakt ze studentem i zbytnio nie dystansuje „podwładnych” od siebie, a student wyraża potrzebę (np. zainteresowanie jakimś zagadnieniem) uczestnictwa w konsultacjach, problemu nie ma. Należy jednak pamiętać, że nie każdą osobę interesują wszystkie przedmioty. Czasem po prostu studenci nie odczuwają potrzeby chodzenia na konsultacje. A jeśli robić coś na siłę, lepiej nie robić w ogóle.
          Inna sprawa, gdy konsultacje są niejako wpisane w godziny zajęć – np. obowiązkowe zdawanie relacji z postępów w realizacji projektu. Takie konsultacje nie są konsultacjami sensu stricto.

          Chciałbym się w tym miejscu podzielić swoim doświadczeniem. W zeszłym roku prowadziłem badania na grupie nauczycieli akademickich WZiE. Przeprowadzałem zarówno wywiady, jak badanie ankietowe. Odwiedziłem niemal wszystkich Wykładowców w ich gabinetach podczas konsultacji (i chyba jeszcze częściej poza konsultacjami). W ciągu ok. trzech miesięcy niektóre osoby odwiedziłem kilkukrotnie. Rzeczywiście – gabinety w godzinach konsultacji świecą pustkami – wykładowcy zamiast rozmawiać ze studentami, piją kawę albo zajmują się swoimi sprawami. Są wyjątki, gdzie spotkać można nawet garstkę studentów (małe kółko naukowe), ale niestety są to tylko naprawdę wyjątki od pewnej reguły. Szkoda.

          Nie zgodzę się z opinią, że dużą przeszkodą są kwestie organizacyjne konsultacji – np. tylko jedna godzina w tygodniu o nieprzystępnej porze, co jest kwestią względną (zawsze komuś będzie pasowało mniej lub bardziej) lub godzina konsultacji kolidująca z zajęciami. Mógłbym na palcach jednej ręki policzyć wykładowców WZiE, od których usłyszałem: „Przepraszam, ale teraz nie mam konsultacji. Proszę przyjść później”. A przyznam, że nie raz poza konsultacjami zajmowałem wykładowcy więcej niż 10-15 min i obywało się to bez żadnych zgrzytów. Wielu nauczycieli akademickich można spotkać również poza godzinami konsultacji. Niektórych właściwie codziennie (nieliczni). Są tacy, którzy bardzo cieszą się na widok studenta, który zapukał do drzwi. Nie sieję tu „pozytywnej propagandy”, dzielę się jedynie swoim, choć może niecałkiem reprezentatywnym, to jednak szczerym, doświadczeniem.

          Problem obecności studentów na konsultacjach, choć istotny, moim zdaniem, jest tylko pewnym echem szerszego problemu. Posługując się metaforą – problem konsultacji to tylko obumierająca gałązka próchniejącego drzewa. Problem kryje się gdzieś głębiej. Można go nakreślić zadając pytania: Czym są (dla studenta) studia? Czy jest (dla studenta) wiedza?

          Pozdrawiam serdecznie,
          Paweł Balewski (absolwent).

          Odpowiedz
          1. Anonim

            Z pewnością nie bez znaczenia jest relacja ‚nauczyciel’- student, im mniejsza bariera tym łatwiejszy i częstszy kontakt. Moim zdaniem jedną z przyczyn niskiej frekwencji niejednokrotnie jest brak czasu/nadmiar obowiązków- jak kto woli.
            Jeśli nie odpowiada mi godzina konsultacji staram się nie zabierać czasu prowadzącym, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że każdy ma swoje zajęcia i obowiązki, a fakt że nauczyciel jest w swoim pokoju nie oznacza, że siedzi bezczynnie i czeka na studenta- no ale to moje zdanie. Ważnym jest jednak kontakt mailowy.
            Pozdrawiam
            AP

  6. Anonim

    Przeczytałam poruszony przez Pana Doktora temat parę dni temu i skłoniło to mnie do głębszych refleksji. Mianowicie jako studentka przede wszystkim studiów licencjackich bardzo rzadko korzystałam z konsultacji, jako z pomocy czy dyskusji nad tematyką, chociaż było wiele przedmiotów, które mnie ciekawiły, intrygowały. Po zastanowieniu się doszłam do wniosku, że żaden z Prowadzących nie próbował nas (studentów) nakłonić do uczęszczania na konsultacje i nie przedstawiał nam ich w świetle pogłębienia swojej wiedzy. Bałam się konsultacji, obawiałam się, że Prowadzący będzie miał pretensje, jeżeli okaże się, że czegoś nie wiem. Dlatego też, nawet kiedy nie rozumiałam czegoś to wolałam nadrobić to sama, szłam do biblioteki, czytałam, czytałam, próbowałam to zrozumieć, aż do skutku. A przecież oczywistym jest, że idąc na konsultacje byłoby to znacznie łatwiejsze i na pewno pewniejsze (nie zawsze byłam pewna, czy dobrze rozumuję). Jednak nigdy nie postrzegałam konsultacji w ten sposób. W szczególności przychodząc po liceum, gdzie, niestety, uczeń pytający się, to uczeń nie wiedzący, postrzegałam konsultacje jako czas przeznaczony na bardziej formalne aspekty (kiedy nie można było pojawić się na zaliczeniu czy potrzebny był wykaz literatury).
    Co ważne, zauważyłam u siebie zmiany w postrzeganiu studiów wyższych wraz z czasem. Może nie tyle co postrzeganie nauki, ponieważ zawsze jako osoba zbyt ambitna nauka stanowiła dla mnie ważny aspekt życia. Chodzi o różnego rodzaju elementy, które są tworzone przez Uczelnie w celu ułatwienia nauki, budzenia kreatywności czy zainteresowań. W tym właśnie konsultacje, koła naukowe, WRS itp. Na studiach licencjackich niestety nie doceniałam zalet, jakie są z nimi powiązane. Na studiach magisterskich studiowałam dwa kierunki, co starałam się robić bardzo sumiennie, więc na dodatkową aktywność na innych polach, czasu mi nie starczyło.

    Dziś patrząc w przeszłość żałuję, że wcześniej nie byłam aktywna w tych obszarach, chociaż doszłam do wniosku, że lepiej nie żałować tylko wziąć się do roboty i nadrobić straty, albo też mieć nauczkę i w przyszłości postrzegać różne elementy przez inny pryzmat.

    Podsumowując moje rozmyślenia doszłam do wniosku, że być może w pewnym chociaż stopniu pomogłoby wprowadzanie nowych studentów w życie Uczelni. Nie orientuję się jak jest teraz, ale ja na pierwszym roku takiego spotkania nie miałam. Chodzi mi tu głównie o przedstawienie do czego tak naprawdę służą konsultacje, że są one dla studentów, tak jak korepetycje, a nie posiadają tylko funkcji formalnej i ukazanie innych zasad panujących na Uczelni, które dla nowych studentów są nieznane. Mogli by również w takich zajęciach uczestniczyć przedstawiciele poszczególnych kół czy WRS, którzy przedstawiliby zalety aktywnego uczestniczenia w ich działaniach, a także z pewnością wzbudziliby zainteresowanie i chęć do pewnego rodzaju dociekliwości. Mogłoby to być jedno spotkanie, takie wprowadzające na studia wyższe.
    Z pewnością nie wywołałoby to pożądanego skutku wśród wszystkich studentów, ponieważ te osoby, które nie wiedzą po co przyszły na studia bądź realizują studia tylko dla „papierku” z pewnością uznają takie zajęcia za zbędne i nie warte uwagi.

    To taki mój mały pomysł, który z pewnością mi pomógłby otworzyć się na różne elementy życia akademickiego udostępniane przez Uczelnię. Nie wiem, czy w praktyce zadziałałoby to tak jak myślę.

    Natalia Borowska.

    Odpowiedz
    1. Krzysztof Leja

      Myślę, że jeśli studenci trafią na wykładowców, którzy lubią swoje pracę i potrafią zainteresowań problematyką poruszaną w trakcie zajęć dydaktycznych, chętnie będą do nich zaglądali w godzinach lub poza godzinami konsultacji, aby porozmawiać. Konsultacje powinny stać się miejscem dzielenia się wiedzą, a nie jak wspomniałem wcześniej wpisów do indeksów. Zresztą nie będzie indeksów, skończą się wpisy. Ale czy studenci będą chętniej korzystali z konsultacji i nie znajdą się wykładowcy, którzy swoją postawą zniechęcą do konsultacji.
      Nie potrafię odpowiedzieć na tak sformułowane pytanie.
      Krzysztof Leja

      Odpowiedz
      1. Anonim

        Witam,
        temat uczęszczania na konsultacje został już dotknięty powyżej prawie z każdej strony, ale chciałbym się podzielić kilkoma moimi lekko chaotycznymi spostrzeżeniami (z perspektywy prawie 7 lat po ukończeniu 5-letnich studiów na WZIE):

        Czynniki zniechęcające do udziału w konsultacjach:
        – brak otwartości u niektórych prowadzących (postawa „nie zawracać mi głowy”)
        – postrzeganie wykładowców przez studentów pierwszych lat (dystans / obawa / nieśmiałość)
        – postawa bierna studentów wynikająca z wcześniejszych doświadczeń edukacyjnych
        – niski poziom wiedzy (lub zdezaktualizowana wiedza) niektórych wykładowców
        – formalne wyznaczenie terminu (jedna, dwie godziny) – dlaczego wykładowcy nie mogliby mieć lekko uchylonych drzwi, kiedy studenci są mile widziani?

        Moje bezpośrednie obserwacje z uczelni np w USA są takie (uogólniając), że drzwi do gabinetów często są otwarte, wykładowcy starają się traktować studentów po partnersku – wydaje mi się, że to świetne przełamanie barier, jeżeli np wykładowca idzie ze studentem na obiad do stołówki i w tym czasie prowadzą rozmowę – o przedmiocie, o dziedzinie, o życiu.
        Ale to zahacza też o temat wychowywania studentów na uczelni poruszony kilka tematów na blogu wcześniej…
        Podsumowując, wydaje mi się, że problem małej aktywności studentów na konsultacjach w pewnym stopniu wynika z polskiej zbiorowej mentalności, pewnego zamknięcia i braku zaufania – wydaje mi się, że to spuścizna po poprzednim ustroju. Nie wiem jak Wy, ale w pokoleniach młodszych (18-20 lat) widzę, że to się zmienia – podchodzą do osób starszych bez kompleksów, czasami nawet „bezczelnie”. :)
        Pozdrawiam,
        Jan Wyrwiński

        Odpowiedz
        1. Anonim

          @Jan Wyrwiński
          to wyjątkowo trafne spostrzeżenia. Nie miałbym nic przeciwko temu, aby stały się ‚lekturą obowiązkową’ studentów i wykładowców.
          pozdrawiam
          Krzysztof Leja

          Odpowiedz
        2. Adam Czarnecki

          Chciałem tylko dodać w kwestii otwartych drzwi, że taką metodę stosuje prof. Edward Szczerbicki. Próbowaliśmy wdrożyć tę praktykę w pokoju 807, ale pokonały nas przeciągi i gwar panujący często na korytarzu.

          Niestety, podobnie jak przedmówcy, wzmożoną aktywność na konsultacjach widzę w sprawach próśb o przełożenie (czy w ogóle zaniechanie!) sprawdzianu, a zdecydowanie mniej w kwestiach merytorycznych. No chyba że mam tu do czynienia z pozycją „Umiejętność zainteresowania przez prowadzącego zajęciami”.

          Odpowiedz
          1. Anonim

            Prawdę rzecze Pan Jan Wyrwiński, podpisuję się pod tym obiema rękami…
            Dobrze, dobrze by było gdyby otwarte drzwi i „wszystko” z nimi związane (zaufanie!) zaczęło bardziej istnieć na Naszym HABILITOWANYM Wydziale i ogólnie na uczelniach. I nie poprzestajmy na tym, by jedynie oczekiwać braku krytyki tej metody…

            @Adam Czarnecki
            Obiecałam w te otwarte drzwi wejść w minionym semestrze, ale trafiłam jak akurat były zamknięte ;) Może w tym semestrze uda mi się z nimi zsynchronizować?

            E.Nagucka

          2. Krzysztof Leja

            A mój komentarz jest następujący. Przed dwudziestoma laty w Polsce studiowało ok. 400 tys. studentów. Zakładając, że co drugi student był zainteresowany studiami, można oszacować, że takich studentów było ok. 200 tys. Można przyjąć, nie popełniając błędu grubego, że obecnie zainteresowanych studiowaniem (nie mylić ze studiowaniem przez posiedzenie, jak na sąsiednim blogu napisała Ewa Hope) jest również nie więcej niż 200 tys. studentów tyle, że liczba studentów wynosi ok. 1800 tys. A to oznacza, że jest to co dziewiąta osoba studiująca.
            To jest jedna strona medalu. Druga strona to postawa nauczycieli akademickich, z których nie wszyscy traktują swoją pracę, oprócz tego, że jest źródłem utrzymania, co oczywiste, jak posłannictwo, którego celem jest m.in. poszanowanie norm i wartości akademickich, a mówiąc po ludzku kształcenie studentów, co samo w sobie nie zawsze jest przyjemnością przy masowym kształceniu, prowadzenie badań naukowych oraz budowanie i doskonalenie relacji z otoczeniem uczelni.
            Ale cóż, klasyk mawiał: nikt nie jest doskonały.
            Krzysztof Leja

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>