Minimum minimorum

Dlaczego na wielu kierunkach studiów przyjmuje się kandydatów do wypełnienia limitu miejsc. Czy nie należy ustalić minimalnych wymagań, po spełnieniu których kandydat na studia stanie się studentem? Czy nie powinno się w większym stopniu dbać o reputację uczelni/wydziałów? Dokąd prowadzi obecna polityka? Jak ta się ma do powszechnie głoszonego postulatu doskonalenia jakości kształcenia? 

Obecnie zdarza się, że na studia przyjmowane są osoby, które zdały maturę na poziomie 30%, a nawet takie, które zdały ją w drugim terminie i takie, które matematykę zdały na ocenę 2, która jest, nie wiem czemu, pozytywna. Uważam to za patologię edukacyjną na poziomie wyższym. Czy taka polityka służy czemukolwiek, poza zapewnieniem zajęć nauczycielom akademickim? Doskonalenie jakości kształcenia i wdrażanie krajowych ram kwalifikacji staną się iluzją, jeżeli celem samym w sobie uczelni/wydziałów będzie wypełnienie miejsc na "wejściu". 

Uważam, że 30% wskaźnik maturalny trzeba podnieść do 50%, gdyż obecny służy tylko i wyłącznie poprawieniu pozycji Polski w statystykach. Zauważają to również sami studenci. Dobrzy studenci, tj. ci, którzy chcą studiować a nie ci, którym wydaje się, że dyplom wyższej uczelni cokolwiek gwarantuje. Alternatywą jest przyjmowanie na studia tylko tych osób, które w trakcie każdego z egzaminów maturalnych uzyskały co najmniej 50% wynik. Szczególnie ważne jest to w przypadku języka ojczystego oraz matematyki.

Minimum minimorum to ulubione określone mojego wspaniałego wykładowcy matematyki z okresu studiów, który twierdził, że obniżenie wymagań poniżej absolutnego minimum, które, nota bene ustalał sam, oznaczałoby przyzwolenie na bylejakość, a przecież dążymy do doskonalenia jakości.

7 komentarzy nt. „Minimum minimorum

  1. Anonim

    Panie Doktorze, w pełni się z Panem zgadzam.
    Jako studentka uważam, że 30% to dość śmieszny próg na zaliczenie egzaminu maturalnego, a tym bardziej na przyjęcie na studia. Myślę, że warto przy tej okazji wspomnieć o osobach, które nie tak dawno uzyskały maturę z tzw. ‚amnestią’.
    Nie do końca przekonuje mnie też podział matury na poziom podstawowy i rozszerzony. Uważam, że nie jest to sprawiedliwe rozwiązanie, a w szczególności sprawiedliwy nie jest przelicznik. Myślę, że wszystko to znacznie obniżyło i nadal obniża ‚wartość’ studenta ‚na rynku’. Nawet studentów najlepszych Polskich Uczelni. Szkoda.

    A.P.

    Odpowiedz
    1. Krzysztof Leja

      Dziękuję, że dostrzega Pani zagrożenie dla studentów najlepszych. To bardzo dojrzała postawa. Wiedza ma wartość, o czym często nie pamiętamy. Wartość ta wzrasta. A ciekawość świata zaangażowanie studentów, otwarta postawa w trakcie zajęć nie są zbyt powszechne. Pisała o tym Ewa Hope w blogu „studiowanie przez posiedzenie”. Na szczęście są też sygnały pozytywne. Ostatnio zgłosił się do mnie student niestacjonarny, który pojawił się na zajęciach nieco spóźniony i bardzo mu zależało na, jak to określił, odrobieniu zaległości. Pytał, czy może przyjść na konsultacje. Odpowiedziałem, że może przyjść w każdym dogodnym terminie dla nas obu. Odpowiedzią był zaskoczony. Inna studentka studiów stacjonarnych pożyczyła mi książkę, w której poruszane są zagadnienia związane z tymi, nad którymi dyskutujemy w trakcie zajęć. To sygnały niezwykle budujące, niestety niezbyt liczne.
      Uważam, że dobre zajęcia to takie, po których zarówno nauczyciel jak i studenci są „spoceni intelektualnie”. Wymaga to jednak zdecydowanego uelastycznienia studiów. Kanon (50-60%) – dla wszystkich, reszta do wyboru przez studentów, niekoniecznie na naszym Wydziale, czy nawet Uczelni. Może to idee fix, ale tak uważam.
      pozdrawiam
      KL

      Odpowiedz
      1. Anonim

        Pamiętam, że poruszaliśmy ten temat na zajęciach w poprzednim semestrze (w tym również) i wywołał wiele pozytywnych reakcji wśród studentów.
        Kanon 50-60% dla wszystkich, a reszta do wyboru wydaje się świetny, ale czy uważa Pan, że w niedalekiej przyszłości realny…?

        Pozdrawiam
        A.P.

        Odpowiedz
        1. Krzysztof Leja

          Uważam, że nie można patrzeć na problem wyłącznie w kategoriach realny/nierealny. Stoimy przed taką koniecznością. Przynajmniej dla studentów, których w oburęcznej organizacji zaliczylibyśmy do eksploratorów, a nie tylko tych, którzy będą eksploatować dotychczasową wiedzą. Takich jest mniejszość, ale to nie ma znaczenia.
          Swoją drogą jest to wariant bardzo trudny organizacyjnie, ale łatwo już było. Proste rozwiązania się wyczerpały. Możemy mnożyć lub minimalizować liczbę kierunków studiów i profili kształcenia, tylko po co? Erę masowych kierunków studiów mamy za sobą. Nie ma kierunku studiów, którym gwarantuje sukces rekrutacyjny, przez co rozumiem przyjęcie dobrych kandydatów. Dajmy może wobec tego studentom wolną rękę, przynajmniej częściowo i przynajmniej tym najlepszym. Przy czym, zastrzegam, najlepsi to nie ci, którzy mają najwyższe oceny. Wystarczą oceny dobre, liczyć się powinny kreatywność, zainteresowania pozauczelniane, motywacja i chęć zdobywania wiedzy. Psychologowie potrafią to ocenić a przynajmniej oszacować z niewielkim błędem
          pozdrawiam
          KL

          Odpowiedz
  2. Anonim

    Demokracja i wejście Polski do Unii spowodowały, że w tym kraju pozostałe młode osoby nie wypełniłyby licznych miejsc oczekujących na studentów I roku. To nie wiedza jaką można otrzymać a czysty biznes prowadzony przez Uczelnie doprowadza do takiej sytuacji że przyjmuje się osoby z tak niskim poziomem wiedzy.
    Jeżeli uczelnie chcą mieć jakikolwiek priorytet i siebie same szanować to powinny przyjmować osoby z minimum wiedzy 80% z każdego przedmiotu egzaminu maturalnego.
    Moja dotychczasowa obserwacja wiedzy osób, które ukończyły studia w okresie „wolnej Polski” potwierdza, że są to osoby których wiedza ( i nie tylko) ma poziom przeciętnego maturzysty z okresu „komuny”.
    TRAGICZNIE Panowie decydenci.

    Odpowiedz
  3. Detros

    Problem jest oczywiście duży. Niejednokrotnie na studiach widuje się osoby, które nigdy nie powinny się tam znaleźć. Co gorsza osoby te zazwyczaj kończą je z tytułem Mgr. Problemem jest jednak to jak skutecznie prowadzić edukację wyższą podczas gdy studia są darmowe, a każdy uczeń tej samej wartości. Wyższa uczelnia może być elitarna tylko wówczas gdy stosuje skrupulatną selekcję kandydatów i wykładowców. Tym samym student takiej uczelni musi być więcej wart, a ilość studentów niezbyt liczna. Nie da się tego jednak pogodzić z powszechnym dostępem do edukacji. Wynika to stąd, że nauka takiego studenta jest zbyt elitarna i zbyt kosztowana. Jedyną szansą na elitarne szkolnictwo wyższe jest szkolnictwo prywatne, w którym uczeń płaci odpowiednią sumę za uzyskanie dobrego wykształcenia.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>