Lament – edukacja PR i nie tylko.

JAK BYĆ POWINNO

Jak powinno się kształcić specjalistów public relations?

  1. kursowe zajęcia na uczelni – zdobycie podstawowej wiedzy o komunikowaniu się, istocie PR, pojęcia, zasady prowadzenia działań obowiązkowe na uczelniach kierunku ekonomia, zarządzanie, finanse – na zasadzie, co każdy wykształcony człowiek wiedzieć powinien.
  2. Studia podyplomowe jako konieczny stopień wykształcenia kogoś, kto chce profesjonalnie – zawodowo zajmować się PR.
  3. Kursy, konferencje jako element kształcenia ustawicznego.

Zdaję sobie sprawę, że jestem w zdecydowanej mniejszości w Polsce uznając taki model kształcenia.

JAK JEST?

– kierunki studiów public relations na wydziałach – przykład uczelni ekonomicznych Katowic, Poznania, Warszawy,

  1. a) uczelnie/wydziały ekonomiczne, zarządzania, ale raczej nazywane „Komunikacja” z dodatkiem np. „społeczna”, co już sugeruje, że PR to tylko komunikacja…
  2. b) wydziały dziennikarstwa

– specjalizacje dyplomowania

– szczątkowy przedmioty w wymiarze max. 30 godz. przyczepione do innych specjalizacji dyplomowania np. do marketingu.

– studia podyplomowe, które oferują chyba już wszystkie uczelnie od Bałtyku do Tatr.

Polscy specjaliści PR – jak rzadko która profesja – mają lekceważący stosunek do wykształcenia kierunkowego, nawet powiedziałabym – pogardliwy. Widać i słychać to było na gali PRotonów, [ odbyła się pod koniec czerwca 2014 w Warszawie, w teatrze Syrena http://www.protony.pl/ ],gdzie prawie każdy z laureatów- mających to szczęście, że występował po mnie- nie omieszkał wtrącić z nieukrywaną dumą, że nie posiada żadnego w tej dziedzinie wykształcenia – ku uciesze i aprobujących komentarzach sali. Wszystkie inne profesje szczycą się wykształceniem – rodzajem ukończonej uczelni, dyplomami z odbytych kursów i szkoleń. A polscy PR-owcy jak morowego powietrza unikają posądzenia o jakikolwiek kontakt – nie daj Boże związek – z materią naukową.

Jeszcze nie tak dawno w polskim środowisku istniał podział na tzw praktyków i teoretyków. Ci drudzy zazwyczaj skwapliwie dodawali – tłumacząc się ze swej niedoskonałości bycia teoretykiem – że realizują też projekty PR dla firm, co miało pokazać, że jeszcze tak źle z nimi nie jest.

Dzisiaj już nie ma takiego podziału – zostali sami praktycy, teoretycy zeszli do podziemia uczelnianego, z rzadka dają głos, cichutko, na nielicznych konferencjach, które jeszcze zostały w środowisku . W mediach – szczególnie w TV- pojawiają się z komentarzami tylko specjaliści od tzw marketingu politycznego, w nowych mediach też króluje marketing – sprzedaż, klienci, wyniki, mierzalność.

Wszelkie próby inicjowania dyskusji na różnych forach – spotkaniach, konferencjach, forach internetowych – o zasadach, pryncypiach, gaszone są protekcjonalnym: no tak, znowu jałowa dyskusja o definicjach…

Jałowa, bo sens ma tylko praca w materii biznesowej, na zlecenie klienta.

No dobrze , więc jeśli jest tak źle, to może edukacja taka niby mimo chodem, od niechcenia: nie studia, nie długotrwałe studia podyplomowe, ale ciekawie napisane książki – broń Boże nie nazywajmy ich odstręczającą nazwą „podręczniki”!

Kto miałby pisać dobre podręczniki PR?

Pracownicy uczelni? Szaleństwo punktów, wskaźników, zwiększane pensa godzinowe na niektórych uczelniach powodują, że na porządną, mrówczą pracę nad podręcznikiem –co zabiera średnio 3 lata – nikt nie ma sił, czasu. A i też ochoty, bo:

– po pierwsze: wydawnictwa nie są zainteresowane wydawaniem takich podręczników, a formy graficzne , jakie proponują , raczej służą zbanalizowaniu treści, zniechęceniu czytelnika do zajrzenia do środka – nie tylko poprzestając na lekturze okładek – niż mają ją wspierać, podkreślać. Wszystko po taniości. Wydawnictwa – jeśli już drukują prace naukowe, to głównie habilitacyjne. A te   – i z punktu widzenia autorów, wydawców i płacących za to uczelni – nie muszą być ładnymi publikacjami – mają być wydanymi publikacjami, czyli czarne litery na białych kartach i chwatit…

Niedoścignionym wzorem dla mnie od lat jest książka „Exploring Public Relations” R.Tench i L.Yeomans. Tam każde zdjęcie, każdy kolor ma sens, po coś jest użyty, coś ma podkreślać, coś różnicować, a i nie brak takiego przymrużenia oka – jak choćby zdjęcie na okładce. Generalnie – chapeau bas! Miodzio, jak mawia mój bratanek.ExploringPR6

– Po drugie: za podręcznik przyznaje się max.24 pkt , przy min. 3 latach pracy – nie opłaca się .- Po trzecie – jeśli byłby to podręcznik napisany przez tę wyższą formę bytu – czyli praktyka, to byłby czym? Oczywiście opisem zrealizowanych działań PR – nie piszę zrealizowanych strategii, bo najczęściej są to tzw eventy. Myślę, że dokumenty aplikacyjne do konkursu „Złotych spinaczy” https://www.zlotespinacze.pl/ wydane w formie książkowej, to byłby taki przykładowy podręcznik, czyli zestaw case studies. Na palcach jednej ręki mogę policzyć tych tzw praktyków, którzy zaczynają zajęcia od porządkującego wykładu, którzy podają studentom literaturę, polecają ciekawe artykuły w prasie branżowej.

– I wreszcie po czwarte – I kto to miałby kupować?! Przecież najlepszy PR-owiec to ten naturalny, nie skażony wiedzą…

Tak więc pisanie podręczników public relations jest w Polsce niewskazane – jeśli chce się osiągnąć sukces w dziedzinie.

 

3 komentarzy nt. „Lament – edukacja PR i nie tylko.

  1. doog

    Być może zamiast lamentować należałoby się zastanowić co jest tu przyczyną a co skutkiem? Czy aby na pewno brak postrzegania wartości edukacji w zakresie PR w Polsce, jest tylko i wyłącznie wynikiem ignorancji praktyków PR? A może ci praktycy mając przecież studia za sobą, nie wierzą w jakość i wartość polskiej edukacji, bo jej już doświadczyli?
    Myślę, że odrobina autorefleksji po obu stronach jest niezbędna.

    Odpowiedz
    1. Ewa Hope

      Ma Pan rację w kwestii edukacji, z całą pewnością jest i bardzo dobra i są też marne zajęcia i nieprzemyślane studia podyplomowe. Mnie raczej zastanawia takie potępianie wszelkiej wiedzy PR – tej uczelnianej, książkowej też.

      Odpowiedz
  2. Piotr Dominiak

    Czasem myślę, że na skutek bardzo narzędziowego traktowania PR, albo jako elementu marketingu, albo jako dymnej zasłony dla jakichś średnio pożytecznych działań, wypaczeniu (albo może zapomnieniu) uległo znaczenie słowa „public”. „Publiczne/y” – czyli, pożyteczne dla ogółu. „Publika” dla wielu (w tym, niestety, PR-owców) jest dziś pogardliwym określeniem. Nieco bardziej eleganckim jak „motłoch” lub, cytując rozkosznego Jacusia Kurskiego – „ciemny lud”.
    Piotr Dominiak

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code