Czy studenci to klienci?


Ostatnie lata to tryumf marketingu we  wszystkich sferach naszego życia, a akt kupna-sprzedaży awansował do rangi działania konstytuującego całe nasze życie…

Wszystko można kupić, sprzedać – od produktów oczywistych, do tych mniej oczywistych – jak np. ta nieszczęsna  usługa edukacyjna.  Pytanie pierwsze- czy wszystko jest na sprzedaż, pytanie drugie – jakimi zasadami powinniśmy się kierować w tych działaniach bazarowych? Chodzi o to, żeby sprzedać za wszelką cenę? Czy w takim akcie sprzedaży jest jeszcze miejsce na szacunek dla kupującego, rzetelność sprzedającego? Cegiełki na dożywianie dzieci w szkołach – do których nigdy nie trafił złamany grosz, [ podobno proceder cegiełkowy kwitnie  w całej Polsce], sprzedawanie polis, które nie działają- podobno tysiące polskich emerytów  w najbliższym czasie straci mieszkania, ponieważ dali się nabić w butelkę  akwizytorom  oferującym tzw odwróconą hipotekę,   promocje, które są tak naprawdę  sprzedawaniem po podwyższonej cenie . W to oczywiście wpisują się wszelkiej maści instytucje edukacyjne – od  przedszkola po uczelnie wyższe, które to jednostki też stwierdziły, że i u nich powinny zadziałać  twarde prawa marketingu.  Trzeba tylko znaleźć takich,  którzy w to uwierzą… Proceder nie jest nowy, już dawno próbowano sprzedać  warszawską kolumnę Zygmunta.

W Polityce ukazał się artykuł  o takich dziwnych strategiach niektórych uczelni, pod wielce mówiącym tytułem „Stragan z papierkami” . Autor  obśmiewa  nazwy tworzonych kierunków, specjalności,  studiów podyplomowych ,  no i sposób pozyskiwania „klientów”-studentów.

Te gigantyczne bilboardy, promocje i przeceny, … Parę uczelni już wystawia swoje oferty  na Grouponie i innych podobnych portalach sprzedażowych.

Zastanawiające jest, dlaczego takie uczelnie mają jeszcze studentów. Czym kierują się studenci w wyborze uczelni? Czy ważna dla nich jest jej reputacja,  miejsce w rankingach, kariera absolwentów? Czy „sprzedawanie” oferty uczelni na Grouponie i umieszczanie jej pomiędzy stylizacją paznokci za 30% ceny a  śniadaniem w restauracji tajskiej dla dwóch osób za 50% ceny,  to nowoczesna, skuteczna  strategia pozyskiwania studentów?

 

7 komentarzy nt. „Czy studenci to klienci?

  1. Adam Czarnecki

    W sytuacji, w której pracodawcy praktycznie przy każdym ogłoszeniu rekrutacyjnym na stanowisko inne niż pracownik fizyczny zaznaczają wymóg posiadania dyplomu ukończenia wyższej uczelni (być może pracownik z dyplomem jest „mniej awanturujący się”), nie powinien dziwić napór osób z maturą na drzwi wszystkiego, co takie dyplomy ma prawo wydawać. Zresztą istnieje tu zapewne sprzężenie: skoro mamy w Polsce tylu magistrów, to nie zaszkodzi od pracownika oczekiwać, by takim magistrem był. Tyle uwag ogólnych.

    Warto, jak sądzę, byśmy przyjrzeli się własnemu podwórku i zobaczyli, gdzie idziemy jako wydział. Choćby spoglądając na kierunki studiów. Czy wszystkie one równie dobrze wpasowują się w profil uczelni technicznej? Czy wszystkie kierunki powołano po to, by dawały wartościowe wykształcenie młodym ludziom? Czy żaden z naszych kierunków nie powstał, by z zewnątrz przyciągać chwytliwym szyldem, a wewnątrz głównie generować godziny dydaktyczne? Czy jest kierunek, dla którego wydział jest skłonny zorganizować coś na kształt łapanki, by uruchomić studia II stopnia, gdy na innym kierunku studentom mówi się, że jest ich zbyt mało, by warto było organizować studia magisterskie? I czy miary, jakimi np. są wyniki matur umożliwiające dostanie się na dany kierunek, nie są dla nas jakąś sugestią? No i czy nie stanie się tak, że studenci jednego z naszych kierunków zorientują się na studiach stacjonarnych (na niestacjonarnych, gdzie trzeba płacić, już się chyba zorientowali), że może być on co najwyżej przyjemnie interesującym zestawem przedmiotów, który można wybrać jako drugi kierunek, a studenci innego z naszych kierunków przestaną do nas trafiać, skoro po licencjacie studia magisterskie z tej samej dziedziny muszą realizować na innym wydziale czy uczelni?

    Czy kolejnym — może drobnym, ale jednak — przejawem skracania drogi po dyplom nie jest likwidacja takiego „hamulca bezpieczeństwa”, jakim było odczytywanie recenzji pracy podczas obrony, by już prawie-absolwent musiał wykazać się stosownymi umiejętnościami przed komisją?

    Kończąc, warto chyba zapytać, co wiemy o motywacjach osób wybierających studia na naszym wydziale? Czy może nie jesteśmy też postrzegani jako jeden z punktów wydawania „papierków”, nie obecny co prawda w serwisie zakupów grupowych, tylko sami o tym jeszcze nie wiemy?

    Odpowiedz
    1. Anonim

      W żadnym poważnym podręczniku marketingu nie znajdziemy przepisu na oszukiwanie klientów.
      I smutne jest to, że jest tak postrzegany. Marketing nie jest sztuką nabijania ludzi w butelkę. Wręcz przeciwnie. Koncentruje się na tym, by jak najlepiej służyć i zaspokajać potrzeby klientów. Czy marketing jest nieetyczny? Nie. To ludzie, którzy się nim posługują są nieuczciwi, nieprofesjonalni, mają niewielkie pojęcie o prawdziwym marketingu.
      Różne działania marketingowe mogą z powodzeniem służyć również szkołom wyższym. Problem i sztuka w tym, aby dobrać odpowiednie narzędzia. To, co jednym organizacjom może pomóc, innym może wręcz zaszkodzić. Na tym polega sztuka marketingu, która, jak widać, nie jest zbyt powszechna.
      Anna Drapińska

      Odpowiedz
      1. Anonim

        O swoiście postrzeganym marketingu pisałam z przymrużeniem oka, o przykładach nadużyć – całkiem poważnie, a pytania jakie stawiam nie są chyba zbyt często zadawane na szkoleniach dla tzw praktyków marketingu. Niestety.
        To, co dzieje się teraz na uczelniach uwiera i pracowników i niektórych studentów, bo wszyscy mamy świadomość obniżania standardów edukacyjnych. Myślę, że specyfika naszego wydziału pozwala nam nie wpasowywać się w profil uczelni technicznej, ale tworzyć raczej propozycje komplementarne, niekoniecznie z zakresu nauk ścisłych – tak jak na MIT funkcjonuje departament filozofii i lingwistyki.
        Ewa Hope.

        Odpowiedz
        1. Anonim

          Porównywanie WZIE do nieinżynierskich wydziałów MIT to trochę jak porównywanie gdańskiego Zieleniaka do Empire State Buding.

          To, że WZIE bardzo zbliża się do poziomu „straganu z dyplomami” jest widoczne nie od dziś. Obawy p. Adama Czarneckiego sąw pełni uzasadnione. Niestety, świadectwem dla wydzialu są jego absolwenci, a spora część absolwentów na prawdę przypomina zgraję wzietą „z łapanki” . Jeszcze parę lat temu tacy ludzie wylecielby ze studiów po pierwszym roku, a dziś mogą szczycić sie dyplomem mgr wydiału ZIE.

          Studia powinny być BEZPŁATNE, ale nie powinny być DARMOWE. Powinny KOSZTOWAĆ sporo wysiłku, pracy , nauki, trudu w zdobyciu wiedzy i doskonaleniu myślenia. Wtedy posiadają realną WARTOŚĆ. Niestety dyplom ZE coraz częściej jest bezwartościowy.

          Wojciech

          Odpowiedz
          1. Anonim

            P.S.
            a propos MIT.
            ..No chyba że z murów ZIE wyjdzie kiedyś nowy Noam Chomsky..
            Wojciech

          2. Anonim

            Panie Wojciechu – Anonimie jak zwykle, bo pod nazwiskiem to już nie byłoby tak łatwo napisać rzeczy niemiłych – prawda?
            Nie porównywałam WZiE do MIT – podałam tylko przykład, a uczelni technicznych na których świetnie funkcjonują katedry nauk społecznych czy filozoficznych jest sporo.
            Czy WZiE bliżej czy dalej do straganu z dyplomami nie wiem – nie wiem, czy czytał Pan artykuł [ jest tu http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1531873,1,wyzsze-szkoly-lansu-i-bansu—produkuja-bezrobotnych.read ], ale żadne z opisanych zjawisk przez p.Pikułe na WZiE nie mają miejsca. Więc może jednak dalej…
            A kolejnego N.Chomskiego – tak, jak najbardziej życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>