Dłuuuga plaża

Wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale za to zgodnie z duchem przygody, podjąłem czyn przedpierwszomajowy. Przeszedłem w sobotę 50 km (nordic walking). Z Łeby do Rowów plażą, potem lasem do Poddębia i na koniec (z powodu braku jakiejkolwiek komunikacji) do Machowinka.

Tam odstałem pod wiatą PKS, zanim tubylcy oświecili mnie, że żaden autobus już tego dnia nie przyjedzie. Od spędzenia tam nocy (przystanek nie był dobrze osłonięty od wiatru) uratował mnie Łukasz Skowroński, siostrzeniec żony.

Bez treningu, z dość ciężkim plecakiem, 35 km po piasku, reszta po krętych ścieżkach (góra-dół) dałem radę. Skróciłem się o kilka centymetrów, kolana na złom, skarpety zdjęte ze skórą.

Pogoda była piękna, trasa też. Przez pierwsze 25 km żywej duszy nie spotkałem. Na tym odcinku nie ma się nawet dokąd wycofać. To bardzo dopingujące. Opaliłem się jednostronnie (kierunek wschód-zachód).

Wszystko z zazdrości po tym jak dziewczyny z wydziału przebiegły sztafetę maratońską (z Panią Dziekan w składzie), a profesor Michał Wasilczuk cały maraton, niejako z marszu. Chyba chciałem sobie udowodnić, że ja też jeszcze coś mogę. Do biegania moje stawy już się nie nadają, do chodzenia – od dwóch dni chyba też nie. Ale ważna jest wola zwycięstwa. Anthony Joshua, którego walkę z Kliczką oglądałem parę godzin przed swoją wycieczką natchnął mnie optymizmem – trzeba umieć przetrwać chwile (choćby było ich wiele) zwątpienia.

W każdym razie cieszę się, że udało mi się złamać słabość organizmu. Wszystko naprawdę zależy od głowy. Nawet jeśli rodzą się w niej tak głupie pomysły jak ten.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>