Balcerowicz – Rostowski bez werdyktu

Dawno, dawno temu (XIX w. i początki XX w.) w zawodowym boksie, od czasu do czasu, zawodnicy rozgrywali walki, umawiając się, że nie zakończą się one ogłoszeniem werdyktu. Nazywało się to: No decision. Siniaki, krew były realne, ale publiczność wychodziła ze spektaklu nie wiedząc, kto wygrał. I mogli bez końca spierać się o triumfatora. Po dzisiejszej debacie dwóch czołowych polskich ekonomistów mam podobne wrażenie. Zadali sobie publicznie wiele ciosów, urazy będą goić się długo, a publika nie wie kto wygrał. Nie wie, kto ma rację. Widzowie po debacie są tak samo mądrzy jak przed.

Spektakl był kiepski i nieprzygotowany. Prowadzący nie panowali nad dyskutantami. Moss starał się wykazać, że wie o czym mowa, a nawet, że wiel lepiej. Baczyński był z innej bajki, właściwie nie wiadomo po co.

Żeby było jasne – ja też nadal nie wiem kto ma rację. Choć lepiej rozumiem istotę sporu. Obaj panowie spierają się, w gruncie rzeczy, o hipotetyczny przebieg przyszłych zdarzeń. Opierają sie na różnych założeniach, ale myśmy ich nie poznali.

Z Balcerowiczem trudno się nie zgodzić, że rząd powinien zabrać się do reformowania innych części budżetu po stronie wydatków. Wiadomo, że trzeba coś zrobić z KRUS, z emeryturami mundurowymi, że trzeba podwyższyć wiek emerytalny. Ale ani on bedąc ministerm i wicepremierem, ani nikt z jego następców i poprzedników nie mieli odwagi za to się zabrać. W polityce nie sztuka mieć rację, trzeba mieć realne mozliwości realizacji swych pomysłów. Zadawanie bólu dziś jest dla polityka droższe niż zadawanie bólu w przyszłości. Tak jest ze wszystkimi dotkliwymi społecznie reformami. Można krytykować opieszałość rządu, ale nie można udawać, że się nie wie na czym problem polega. Rostowski nie wykorzystał możliwości wykazania, że pomysły Balcerowicza uderzyłyby w duże grupy ludzi. Obśmiał pomysły z ograniczeniem pomocy prorodzinnej, czym zyskał pewną przewagę.

Nie wiem, kto wypadł lepiej w oczach publiki. Rostowski zachował więcej spokoju, Balcerowicz był spięty. Źle wypadło, że zwracał się do Rostowskiego "Panie ministrze!", ignorując fakt, ze Rostowski zwracał się do niego po imieniu.

Doktrynerstwo teoretyka zazwyczaj przegrywa z pragmatyzmem polityka. Debata potwierdziła to, o czym pisałem dawno – spór nie toczy się o dobro przyszłego emeryta. Tu ortodoksja ideologiczna ściera się z bieżącym interesm politycznym – z koniecznością ograniczenia deficytu budżetowego jak najmniejszym kosztem. Emeryt to przedmiot.

Piotr Dominiak

 

9 komentarzy nt. „Balcerowicz – Rostowski bez werdyktu

  1. Anonim

    Przyszło mi do głowy porównanie ekonomii do medycyny, całego aparatu państwowego do naszej, „niewydolnej” służby zdrowia, rządu do lekarza pierwszego kontaktu, a polskiego społeczeństwa do pacjenta, który choruje od lat. Choroba ma coraz to nowe objawy. Z jakichś przyczyn lekarz nie leczy choroby, tylko jej objawy, zastosowana kuracja ma jednak działania uboczne i mimo chwilowej poprawy stan pacjenta znowu ulega pogorszeniu, choroba sieje w organizmie coraz większe spustoszenie. Pacjent więc zmienia lekarza rodzinnego, kolejny zastosuje odmienną terapię, znowu nie szukając przyczyn choroby, tylko lecząc objawy (aby pacjent jak najdłużej czuł się w miarę dobrze i nie zmienił lekarza). Co jakiś czas zmieniany lekarz rodzinny nie jest w stanie poznać pełnej historii choroby, a poddany już wielu terapiom pacjent przyjmuje mnóstwo leków, z których kolejne tylko przeciwdziałają niepożądanym skutkom poprzednich.
    Rothbard kiedyś napisał: „Gdy zanurzymy się całkowicie w problemach życia codziennego, przestajemy rozróżniać zagadnienia podstawowe, zapominamy o fundamentalnych pytaniach.”
    Może więc warto poszukać pierwotnych przyczyn choroby?
    Może to jest tak, że obecny system opieki zdrowotnej i instytucja lekarza pierwszego kontaktu w tej formie się nie sprawdziły?

    Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że „leki”, pod wpływem których piszę ten tekst, opracowali między innymi: Mises, Hayek, Rothbard, Huerta de Soto.
    Wiesiek Czubek

    Odpowiedz
    1. Anonim

      Dobrze by było, aby znakomici adwersarze pamiętali, że mówią do ludu, który chciałby coś zrozumieć zwłaszcza, że dyskusja dotyczy spraw ważnych. W zarządzaniu wiedzą jest prosta zasada. O jakości informacji decycuje odbiorca. Może warto o niej pamiętać.
      Krzysztof Leja

      Odpowiedz
      1. Anonim

        Mises, Hayek, de Soto – wielkie nazwiska, wielkie autorytety. Lubię ich czytać. Ale też zawsze pamiętam, że żadnemu politykowi ich idei nie udało się zrealizować. Warto postawić pytanie: dlaczego?
        Kto chce w Polsce leczenia przyczyn? Lekarze? Pielęgniarki? Nauczyciele? Wojskowi? Policjanci?…
        Nie. Bo to naruszyłoby ich bieżące interesy. Konflikt pomiędzy dniem dzisiejszym a jutrzejszym jest naturalny. Ale trudny i wcale nie jednoznaczny do rozstrzygnięcia. Keynes mial wiele racji pisząc (gdy mu zarzucano, ze preferuje rozwiązania krótkookresowe), że w długim okresie jedno jest pewne – wszyscy będziemy martwi.
        Nie gloryfikuję Keynesa, nie krytykuję Misesa i innych. Zwracam uwagę na horyzont czasowy, ktory interesuje przeciętnego obywatela/wyborcę.
        Piotr Dominiak

        Odpowiedz
        1. Anonim

          Horyzont czasowy, to chyba właśnie w nim tkwi problem.
          Przeciętny obywatel/wyborca myśli o teraźniejszości, ale jednocześnie ogranicza (a raczej ma ograniczaną) swoją bieżącą konsumpcję, by mieć zagwarantowany jakiś jej poziom po przejściu na emeryturę. Stąd zainteresowanie (nawet jeśli wymuszone) rozwiązaniami długoterminowymi (ZUS/OFE).
          Obecnie pragmatyzm polityczny z natury rzeczy wydaje się skazywać nas na rozwiązania krótkoterminowe, nikt świadomie nie podetnie gałęzi, na której siedzi. Ale dokąd to prowadzi?
          Temat OFE jest z pewnością bardzo ważny, ale jednocześnie wtórny wobec problemu łatania dziury budżetowej. W tej czy innej formie i tak zostanie to sfinansowane z naszych pieniędzy; dlatego tak istotne są rozwiązania długoterminowe, kompleksowe.
          Wiesiek Czubek

          Odpowiedz
          1. Anonim

            Panie Wiesławie,
            Po części sam Pan odpowiedział na moje pytanie retoryczne, które zaraz postawię.
            Przeciętny zjadacz chleba i zarazem wyborca nie rozumie na tyle ekonomii, aby móc ocenić efekt długoterminowy zmian. Dlatego też głosując na jakieś ugrupowanie kieruje sie tym co jest teraz. Celem większości polityków jest rządzenie i władza. Dopiero na którymś miejscu stawiają dobro kraju. Czym będzie kierował się więc polityk, chęcią bycia dalej u władzy tu i teraz, czy może dobrem państwa, w sytuacji gdy efekty pojawią się za kilka, kilkanaście lat, a osiągnięcie tego celu może się wiązać z utratą władzy?

            Pozdrawiam

            Błażej Prusak

          2. Anonim

            Byłbym ostrożny z twierdzeniem, że przeciętny (rozumiem jako: przedstawiciel większości) wyborca kierował się głównie racjonalnymi argumentami (czy to krótko, czy długoterminowymi). Obawiam się, że dla większości głównym argumentem jest wizerunek i lubienie… niestety.

            Pozdrawiam
            J.P. Szefler

          3. Anonim

            Problem polega też i na tym, że ekonomia m.in. należy do tej dziedziny nauki, gdzie postawionej tezy rzadko kiedy nie da się wywrócić. Mamy bowiem zbyt dużo zmiennych, dlatego prognozy długoterminowe są nierzadko dalekie od rzeczywistości – bo co z tego, że ekonomista obliczy jakiś model ekonomiczny i w wyniku obliczeń wyjdzie mu, że będzie tak a nie inaczej, jeśli to wszystko dzieje się w wyidealizowanym środowisku. Upraszczamy czasami sytuację do kilku zmiennych i stawiamy (mniej lub bardziej subiektywne) założenia, np. że cena benzyny będzie rosła co tydzień. Zakładamy „ceteris paribas” – pozostałe czynniki bez zmian, a wiadomo że tak nie jest i nie będzie w dłuższym okresie czasu – mało tego pojawią się zupełnie inne (nowe) zmienne. Upraszczanie i sprowadzanie skomplikowanych problemów do kilku teorii nie odzwierciedla w naturze danej rzeczywistości, a nawet ją zniekształca i odbiera wiarygodność postawionym tezom. Wszystkie obliczenia jakie możemy zrobić opierać się będą na danych z przeszłości, które nierzadko bywają już nieaktualne w momencie obliczeń, tymczasem przyszłość jest nieznana i na pewno inna niż przeszłość i teraźniejszość – bo jeśli nie to po co robić jakiekolwiek obliczenia, skoro i tak „wszystko wiadomo”?! Zatem nie jesteśmy w stanie zbadać jak różne czynniki ukształtują się w przyszłości, bowiem możemy posłużyć się tylko występowaniem podobnych zdarzeń zaistniałych w przeszłości, statystyką, rachunkiem prawdopodobieństwa; lecz czy tamte zdarzenia były naprawdę podobne, czy tylko w naszym przekonaniu takimi się wydają – ja bowiem wychodzę z założenia, że jak ktoś koniecznie chce, to zawsze znajdzie jakieś podobieństwa pomiędzy zupełnie odmiennymi przypadkami. Pozostaje jeszcze inny problem – czynnik ludzki, którym jest nieprzewidywalność ludzkich zachowań, bowiem człowiek świadomie lub nie, postępuje nieracjonalnie – czasami robi to celowo by osiągnąć jakiś cel. Posługiwanie się rachunkiem prawdopodobieństwa też jest zwodnicze, a to właśnie dlatego że ludzie postępują nieracjonalnie; zatem nie jesteśmy w stanie z dużym prawdopodobieństwem znaleźć idealnego rozwiązania. Człowiek to wielka zagadka i nigdy tak nie będzie, że będziemy mogli przewidzieć jego działanie; zresztą nudny byłby świat gdyby każdy mógł przewidzieć działanie/myślenie drugiego człowieka – to właśnie w odkrywaniu tajemniczości tkwi sens.

            Jednak świat to niczym teatr (a w szczególności nasz rząd), w którym każdy gra swoją rolę dopóki „reżyser” nie sprowadzi go ze sceny. Ponad wszelką wątpliwość widać, że politykom nie na rękę jest wprowadzać w życie jakiekolwiek zmiany, zwłaszcza że mogłyby się one odbić na ich wizerunku – jest to coś w rodzaju podrzucanie sobie „gorącego ziemniaka”, którego każdy boi się złapać – bo jeśli nieopatrznie coś pójdzie nie tak jak powinno, to będzie wiadomo wszem i wobec za czyjej kadencji to się stało. Możemy być przekonani, że rzeczy przytrafiają się same z siebie i jeśli znajdziemy się we właściwym miejscu w odpowiednim momencie, to coś osiągniemy. Żyjąc w takim przeświadczeniu podporządkowujemy się prawu przypadku, które mówi, że brak planowania jest planowaniem… klęski! Są jednak pewne granice, które dzieli cienka, wątła nić – jednak czy celem jest niezerwanie tej wątłej nici, czy przekroczenie granicy? …i raz na zawsze zerwać „krępujące nas więzy”. Wszystko ma swoje granice, lecz by być sprawiedliwym granice czasami trzeba przekraczać, ale trzeba wyczuć na ile można sobie pozwolić. W życiu prywatnym to czym jesteśmy, byliśmy lub będziemy zależy tylko i wyłącznie od nas. W każdej chwili możemy zmienić swoje działania, albo przestać działać. Możemy nauczyć się wszystkiego, co jest nam potrzebne, by stać się kimkolwiek chcemy i osiągnąć cokolwiek zechcemy – ograniczenia znajdują się najczęściej w nas, a nie na zewnątrz! Zmiany są konieczne, ale kto odważy się je wprowadzić? Jeśli nawet znajdzie się choć „jeden”, to zostanie on wyśmiany i uznany z głupca przez resztę, którzy nie chcą sobie życia utrudniać. Niezrozumiany przez otoczenie zamyka się w własnym kręgu z sobie znanymi tylko problemami, podczas gdy inni wywierają na nim presję i choćby „jeden” człowiek chciałby zmienić „świat na lepsze”, to jest to niemożliwe, bowiem skutecznie inni (nazwijmy to lobby) zablokują mu bynajmniej taką możliwość – człowiek w teatrze życia!?

            Nie czarujmy się – nie sądzę aby w najbliższym czasie cokolwiek się zmieniło (to kwestia mentalności ludzi). Można bu tu zadać pytanie retoryczne (chodź odpowiedź na nie, mnie nie dziwi) – dlaczego młodzi ludzie nie decydują się na małżeństwa/dzieci w tak niestabilnej sytuacji? Patrząc długoterminowo niż demograficzny doprowadzi do mizernych przyszłych naszych emerytur. Jeśli by porównywać poziom emerytur pobieranych dziś z ZUS, do tych naszych szacowanych na przyszłości, to podwyższenie wieku emerytalnego jest raczej nieuniknione – ceteris paribas. Rząd już po części w sposób zamaskowany podniósł wiek emerytalny, chodź nie wszyscy są tego świadomi – mi nieraz niektórzy zarzucają, że we wszystkim dopatruję się jakiegoś ukrytego sensu, więc wyjaśnię w czym rzecz – niby dla dobra dzieci rząd postanowił, że dzieci powinny zaczynać szkołę rok wcześnie, czyli od 6 roku życia. Za tym idzie to, że w takim przypadku skończą szkołę o rok wcześniej, a jednocześnie o rok wcześniej zaczną pracę, podczas gdy górna granica (przejścia na emeryturę) się nie zmienia, wydłużony zostaje okres pracy i płacenia składek.

            Jak najbardziej słusznego stwierdzenia użył tutaj wcześniej Wiesiek przyrównując Rząd do służby zdrowia. To że „lekarz” leczy objawy a nie przyczyny, wywodzi się w większości z tego, że nie zna przyczyny i ciągle eksperymentuje „na nas”. Wydawać się by mogło, że nastąpiła poprawa, ale pojawiają się też pewne skutki uboczne, które niosą za sobą pewne spustoszenia. Gdy dochodzimy do wniosku że to nam nie pomaga (a nawet szkodzi) pojawia się pytanie, czy zmienić „lekarza”? – bo być może jego wiedza jest niewystarczająca, być może kieruje się rutyną lub działa na wyczucie, bo nigdy wcześniej nie spotkał się z takim przypadkiem. Przede wszystkim trzeba dać mu szansę spróbować a dopiero szukać innego „lekarza”, a on zastosuje inną – wg niego słuszną terapię, która albo pomoże albo i nie. Przytoczę tu może po części historię mojej znajomej, która to szukała pomocy najpierw u jednego lekarza, gdy nie odnosiło to skutków u następnego – każdy coś innego zdiagnozował i leczył na swój sposób daną pacjentkę, aż w końcu któryś z kolei lekarz znalazł właściwą chorobę, którą było RZS. Pacjentka natomiast zostawała podana różnym kuracjom, które przyniosły też i negatywne skutki, bo leczono ją nie na to się powinno. Ale gdybyśmy nie szukali pomocy u innych „lekarzy” być może nigdy nie odkrylibyśmy prawdy – aby oceniać musimy porównywać – nie doświadczylibyśmy, tego że coś może być lepsze, gdybyśmy nie czynili zmian. To co dla jednego fachowca jest niemożliwe lub mało prawdopodobne, nie oznacza że takie będzie dla kogoś innego. Na ogół gubi go rutyna lub zasugerowanie się innym „lekarzem” przez co nie dostrzega właściwego problemu i postępuje tokiem myślenia innej osoby. Czasami powodem tego bywa też niedoświadczenie lub niewiedza – może akurat dany „lekarz” „spał na wykładzie gdy o tym go uczono”? Z ludzką głupotą/niewiedzą spotykamy się nawet tam gdzie byśmy szukali specjalisty w danym zakresie – jak się przysłuchamy wypowiedziom chociażby co niektórym redaktorom w telewizji, to aż dziw jak oni się tam dostali na te stanowiska; jednak to już inna historia – być może liczyła się kwestia wyglądu (jeśli tak, to jedno dobre w tym, że mają chociaż tą słuchawkę w uchu, co im ktoś inteligentny podpowiada – niekoniecznie z miłą aparycją), być może to kwestia układów, być może też i czego innego – bo droga do kariery nawet w takim środowisku nie raz opierała się o seks. Ale wracając do ekonomii i medycyny – czy wynik jakiegoś badania np. zdjęcia rentgenowskiego czy USG daje nam podstawę do czegoś, czy może to kwestia interpretacji – jeden „lekarz” dostrzeże coś, drugi tego nie dostrzeże – ale czy rzeczywiście tamten to widzi, czy może to tylko iluzja; jeden to zinterpretuje tak, drugi zupełnie inaczej i postawi inną diagnozę.

            Mir.

  2. Anonim

    Debata była w istocie happeningiem z jednoosobową opozycją w rolach głównych. Cała reszta opozycji za swoją misję uznała działalność w zupełnie innym wymiarze. Uważam, że OFE w obecnym wydaniu są nie-do-przyjęcia i w imię chociażby nadania im jakiejkolwiek odpowiedzialności za przyszłe emerytury należało by je zreformować. Jednak ta – proponowana – zmiana, mimo, iż istnieją za i przeciw jest niezwykle groźna dla gospodarki. Oto mamy wyluzowanie we wskaźnikach stanu finansów publicznych. Możemy spokojnie odłożyć optymalizację i reformowanie na plan dalszy. Zapewne nie będziemy długo czekać na kolejne strumienie pieniądza w nieefektywne obszary. A może kupimy sześciolatkom laptopy?

    Michał Pszczółkowski

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>